Dzień 1
Docelowo wyjechałem na koncert SDMu w Cisnej. Dowiedziałem się o nim zupełnie przypadkiem dzięki fejsikowej reklamie. Były dwa takie same koncerty – w sobotę i w niedzielę. Kupiłem bilety na sobotę na godz. 20. Korzystając z faktu, że jadę taki kawał w ukochane Bieszczady uznałem, że przyjadę w piątek na noc, tak, żeby w sobotę był jeszcze czas na małe szwendanko. Konkretnych szlaków nie wybrałem, ciągle rozważałem kilka opcji.

Wyjechałem samochodem ok. godz 13. W Cisnej jest jeden kemping z prawdziwego zdarzenia – Tramp. Z kempingu do stacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej w Majdanie jest ok. 3 km. – piechotą ok. 30 min. Postanowiłem spróbować rozbić się właśnie tam. Sama podróż przebiegła bez problemów. Na trasie z Lublina do Rzeszowa Blablacar podrzucił mi dwie sympatyczne pasażerki. Nie spiesząc się specjalnie do Cisnej dojechałem ok. 22. Na kempingu mają zasadę, że bramę wjazdową zamykają właśnie o 22, aby zadbać o spokój i bezpieczeństwo mieszkańców. Wolne miejsca jednak były, mogłem zameldować się i rozbić namiot, jedynie samochód musiał poczekać za bramą. Nie było problemu, bo zaraz za bramą jest parking. Sam kemping zasługuje na kilka zdań więcej bo jest na prawdę fajnym miejscem <TRAMP>. Ja rozbiłem się w części za mostkiem na Solince. Ze względu na koncert spodziewano się pełnego obłożenia miejsc. Ciężko było znaleźć trochę więcej przestrzeni, ale w końcu się udało. Rozbiłem namiot i szybko poszedłem w kimke.
dzień 2
O poranku przywitał mnie mały mżawko-deszczyk. Po krótkiej rozkmince uznałem, że pójdę na jakiś najbliższy szlak, tak żebym nie musiał nigdzie podjeżdżać samochodem. Przez Cisną bezpośrednio przechodzi szlak czerwony, od granicy ze Słowacją, przez Cisną i dalej w kierunku Chryszczatej i Komańczy. Wiedząc, że ostatnimi czasy nie pracowałem nad formą, postanowiłem, że moim celem będzie Wołosań, a następnie przy Przełęczy pod Jawornem zejdę czarnym szlakiem do wsi Jabłonki. Tutaj zadecyduje co dalej, czy czuję się na silach i idę dalej czarnym szlakiem na Łopiennik i do Dołżycy, czy wymiękam i łapię stopa do Cisnej.
Spacerkiem przez Cisną i za kościółkiem odbicie na szlak. W tym samy kierunku szła tylko jakaś jedna para. Kończy się asfalt i zaczyna trasa. Po krótkim leśnym kawałku minąłem „Bacówkę pod Honem”. Dojrzałem tu kilka rozstawionych namiotów i od razu pomyślałem, że to dużo lepsze miejsce na biwak od mojego. Spokój i zero tłumów. Będzie je trzeba kiedyś koniecznie wypróbować.
Na początku nad szlakiem widać wyciąg. Zaczyna się podejście, ale niezbyt strome. Ponad kilometr w górę, później trochę luzu i znowu podejście pod Osine. Dalej jest już raczej lekko, z małymi przerwami. Bardzo fajna, mało wymagająca trasa. Mimo to oczywiście byłem cały mokry:)
Kapelusz wędkarski z decathlonu dawał radę, chociaż szybko nasiąkał od środka moim potem. No i cały z materiału, jakiś taki wędkarski 🙂 , średnio go polubiłem, ale przydał się zdecydowanie, ponieważ od czasu do czasu siąpiło trochę mocniej. Generalnie aura mglista, deszczowa i bieszczadzko mroczna – czyli super. Błocko jak zwykle było, ale bez przesady.
W sąsiedztwie ciągnie się również trasa rowerowa, długi czas równolegle do szlaku pieszego. Od czasu do czasu gąszcz odpuszcza i przemyka się przez słoneczne polany, na których tradycyjnie pełno jest pysznych smerfojagód.
Na drzewie obok znaku Wołosań umieszczona jest klimatyczna kapliczka z bieszczadzkim Aniolem. Odtąd trasa jest raczej zejściowa. Na „Przełęczy pod Jawornem” jest skręt na szlak czarny prowadzący do miejscowości Jabłonki. Fajny zejściowy fragment, po wyjściu z lasów można podziwiać piękne bieszczadzkie panoramki.
Gdzieś mniej więcej w połowie drogi spotkała mnie ciekawa niespodzianka – wypał węgla drzewnego. Aktualnie piece nie działały i nie było tu żywego ducha, ale widać, że wypał funkcjonował. Kotły pootwierane i ogarnięte. Nie wszystkie, ale większość wyglądała na używane. Była też szopa do składowania worków z węglem. Podczas dalszego schodzenia minął mnie jegomość na skuterku, który po krótkim czasie wracał z powrotem. Najprawdopodobniej jechał właśnie na wypał, może był członkiem załogi.
Za wypałem, drepcząc przyjemną żwirową dróżką minąłem jeszcze pasiekę, ogrodzoną zniechęcającym ciekawskich pastuchem. Trasę do Jabłonek wieńczy murowany kościółek z blaszanym dachem. Tutaj wchodzi się na asfalt, a do samych Jabłonek i zejścia na dalszą część czarnego szlaku trzeba podejść ok 1,5 km.
W trakcie zastanawiałem się czy dam radę podejść jeszcze na Łopiennik. Byłem trochę zmęczony, ale strasznie chciało mi się jeszcze łazić, więc zapadła decyzja, że idę dalej. Do 19 musiałem wrócić na kemping, żeby ogarnąć się przed koncertem. Idąc do Jabłonek po obu stronach mija się domki wczasowe, a następnie duży parking i spory kawałek wybrukowanego placu. Wtedy nie miałem czasu, żeby badać co to za miejsce, później sprawdziłem na Googlu i okazało się, że to plac pozostały po dawnym na szczęście pomniku generała Świerczewskiego. Został rozebrany dopiero w 2018 roku.
Zejście z asfaltu na czarny szlak znajduje się zaraz za małą, murowaną kapliczką. Kawałek dalej jest małe osiedle oraz Zakład Karny Uherce Mineralne Oddział w Jabłonkach 🙂 Tego też dowiedziałem się z Googla. Nieopodal jest też ścieżka przyrodnicza „Lasumiła” z pomnikiem przyrody – jodłą o tej samej nazwie. Ja jednak minąłem te wszystkie atrakcje i ruszyłem na zdobywanie Łopiennika. Kawałeczek pomyka się żwirówką, aż do placu na którym leżały bele ściętych drzew. Tutaj skręca się w krzaki, przechodzi przez strumyk i idzie już chaszczowym klasycznym szlakiem. Po drodze w kałuży przypatrzyłem się bieszczadzkim kijankom.
Idzie się niby pod górę, ale bardzo delikatnie. Po bokach właściwie całą drogę na Łopiennik towarzyszą nam krzaki jeżyn i malin. Sporo było jeszcze niedojrzałych, ale były też takie, które nadawały się do spożycia – dojrzałe i soczyste. Zatrzymując się co chwila przy krzakach musiałem jednak wcześniej popryskać się pryskadłem na owady, bo dopadały mnie chmary meszek. Po użyciu Mugi spokojnie mogłem sobie przystawać na pałaszowanie.
Musiałem się przywoływać do porządku z tymi jeżynami bo czasu miałem na styk. Kawałeczek ostrzejszego podejścia jest dopiero przed samym Łopiennikiem. Wychodzi się na piękną polankę i przy tabliczce czeka ławeczka.
Zrobiłem sobie przerwę na zjedzenie konserwy. Obok jest pagórek, chyba rzeczywisty szczyt, tutaj szlak rozwidla się dalej na niebieski i pomarańczowy. Na brzegu umieszczona jest tablica pamiątkowa z cytatem odwołującym się do wizyty na Łopienniku ekipy z Wincentym Polem na czele. Fajne uczucie dreptać tą samą trasą co oni niecałe 200 lat temu. Z ławeczki rozpościera się piękny widoczek, nawet na trochę się przejaśniło i wyszło słoneczko.
Wydawałoby się, że nie jest to jakieś wyjątkowo atrakcyjne miejsce, ale siedziało mi się tutaj bardzo przyjemnie. Miałem dobry czas, więc mogłem sobie pozwolić na dłuższą przerwę. Spokoju nie zaburzył mi ani jeden turysta – pustka. Fragment z Łopiennika do Dołżycy to przyjemne spacerowe zejście.
Zejście na drogę asfaltową jest zaraz przed „Hipisówką”. Dotychczas nie udało mi się odwiedzić tego miejsca, a i tym razem nie miałem czasu. Podszedłem kawałek w bezpieczne miejsce i zacząłem łapać stopa. Bardzo szybko zatrzymał się samochód – małżeństwo wśrednim wieku 🙂 Jechali do Cisnej do sklepu. Też byli turystami, a na dodatek okazało się, że również wybierają się na koncert SDMu, ale ten w niedzielę. Rozmowa była przyjemna, ale krótka bo do Cisnej jest rzut beretem. Wstąpiłem jeszcze do sklepu i udałem się na kemping, żeby się ogarnąć po całym dniu. Kiedy dotarłem do namiotu okazało się, że jest ledwo widoczny bo chociaż już wcześniej przestrzeni było mało, w międzyczasie zostałem dosłownie otoczony namiotami nowych przybyszów. Trudno, i tak spędzałem tu mało czasu. Zjadłem, wziąłem prysznic, przebrałem się i mogłem wyruszać na gwóźdź programu, czyli koncert.
W stronę kolejki podążał sznureczek ludzi. Było jednak już dosyć późno, miałem 20 min. na dotarcie, więc zacząłem łapać stopa. Błyskawicznie zatrzymał się samochód prowadzony przez starszego brodatego pana. Starszego, ale bardzo energicznego i kontaktowego. Oczywiście okazało się, że również wybiera się na koncert, ale ten niedzielny, a teraz chciał podjechać i zorientować się jak wygląda kwestia miejsc parkingowych. Moment i byłem na miejscu. Na samej stacji byłem pierwszy raz, chociaż obok przejeżdżałem wielokrotnie. Przed samymi bramki znalazłem ludzi zainteresowanych biletami, więc oddałem im jeden za friko, żeby się nie zmarnował. Profesjonalne bramki, ochrona, jak na prawdziwym koncercie. Było sporo ludzi, wszystkie miejsca siedzące – ławki ustawione pod dachem stacji – były już obsadzone, wokół zbierał się też stojący tłumek. W wiacie obok zorganizowano „sklep SDM” – do kupienia plakaty, płyty, kubki, koszulki itd.

Fajnie było znaleźć się w tak wielkim gronie wielbicieli tak niszowej jednak grupy. Czuć było tę moc i łączność pokoleń – ludzi właściwie w każdym wieku. Byli seniorzy, młode małżeństwa, nastolatki i całe rodziny ze swoimi pociechami. Wszyscy przybyli do schroniska aniołów.
SDM od 2012 roku nie grał już w swoim starym składzie. Jednak od 2019 do ekipy Krzysztofa Myszkowskiego znowu powrócił Wojciech Czemplik – skrzypek, którego gra uświetniała wiele starych hitów kapeli i nadawała im specyficznego charakteru. Nie dość, że powrócili w Bieszczady to jeszcze w doborowym składzie. Koncert zaczął się z opóźnieniem, pewnie jakieś 20 min. Widocznie czekali aż zejdą się wszyscy zainteresowani.
Idealne miejsce na taki koncert. Peron kolejki gdzieś na końcu świata. Pogoda dopisała, niebo nie było niestety gwieździste, ale najważniejsze, że nie padało, pomimo niesprzyjających prognoz. Po koncercie było jeszcze spotkanie z artystami i podpisywanie gadżetów. Kupiłem co prawda wcześniej plakat, ale z podpisywania zrezygnowałem, bo kolejka była ogromna. Tłumy ruszyły w drogę powrotną, spora część łącznie ze mną piechotą do Cisnej. Ten piękny dzień dobiegał końca.
Dzień 3
Ostatni dzień, dzień powrotu. Spało się dobrze, położyłem się zaraz po powrocie z koncertu. O 15 planowałem ruszyć z Cisnej – miałem zaklepanych kilku pasażerów z blablacara. Do tej pory chciałem jeszcze odwiedzić jedno z moich ulubionych miejsc – punkt widokowy u stóp Rezerwatu Hulskie. Tam na spokojnie coś zjeść, poczilować i pomalu ruszyć.
Pogoda dopisywała, było super, słoneczko i idealna widoczność. Zostawiłem samochód na parkingu w Sękowcu i poszedłem z plecakiem dalej. Początkowo byłem sam, w międzyczasie zawitało jeszcze na odpoczynek dwóch rowerzystów.
Wracając wpadłem na kawkę i zupkę do „Bazy ludzi z mgły” w Wetlinie. Kiedy siedziałem w środku było oberwanie chmury 🙂
