przygotowania
Myślałem już o tym wyjeździe długo wcześniej. Chciałem wyskoczyć na minimum dwa dni. Szukałem dogodnych szlaków. To miał być mój trzeci raz w Bieszczadach, tym razem samotnie. Oceniałem swoją formę raczej na marną, dlatego pierwszy dzień chciałem przeznaczyć na coś mało wymagającego. Długo studiowałem mapy-turystyczne.pl, swoją starą klasyczną mapę oraz przeglądałem niedawno nabyty przewodnik – „Ruszaj w Bieszczady” Kasi i Macieja Marczewskich. Najbardziej podjarany jestem trasą graniczną, czerwonym szlakiem z Solinki aż do Wielkiej Rawki, albo zaczynając jeszcze dalej na zachód, z okolic Nowych Łupków. Z Solinki to ok 12,5h, więc za dużo jak na jeden dzień. Żeby przenocować gdzieś w warunkach komfortowych trzeba by schodzić ze szlaku, żeby później znowu wrócić – bez sensu. Pozostaje przenocowanie w namiocie, ale to opcja raczej na sezon, a nie zimę, więc tym razem odpadało.
Na pierwszy dzień wybrałem trasę „bieszczadzkiego worka”, czyli doliną Sanu z parkingu w Bukowcu aż do źródeł Sanu, czy też „Umownych źródeł Sanu”. W poradniku przeczytałem, że to trasa raczej spacerowa, prowadząca głównie przez las, zarazem jeden z najdzikszych obszarów Bieszczadów, który jeszcze do lat 80-tych nie był dostępny dla turystów. Minusem był fakt, że wrócić trzeba dokładnie tą samą drogą – nie ma innej opcji. Dochodzimy do samej ukraińskiej granicy, kończą się szlaki i aż do Przełęczy Bukowskiej nie ma legalnych przejść. Tak czy inaczej trasa jest łatwa, wymaga jakichś 8 h i prowadzi przez dzikie, wyludnione tereny, a więc idealnie. Natomiast na drugi dzień upatrzyłem sobie trasę z Cisnej, czerwonym szlakiem na Jasło i przez Fereczatą do Smereka – ok. 5,5 h. Nawet jeśli będę się ślimaczył i często odpoczywał, to jeden dzień w zupełności mi wystarczy.

Nigdy wcześniej nie byłem w górach w zimie, więc trzeba było odpowiednio się wyposażyć. Tuptupy Quechua zakupiłem już wcześniej do łażenia po lesie, natomiast raczków niestety w Decathlonie na stanie nie było. Znalazły się jednak takie same Quechua’y na allegro, chociaż troszeczkę drożej. Przy okazji na sprawdzenie zakupiłem też nakładki antypoślizgowe. Resztę już miałem: kurtkę, spodnie wodoszczelne, bluzę, bieliznę termoaktywną, buty, rękawiczki, chusty.
dzień 1 – Chmiel
Tym razem jazda motocyklem byłaby mocno ryzykowna, więc pojechałem samochodem. Mogłem spokojnie się spakować bez kombinowania. Wziąłem jedną małą torbę i plecak.
Wyruszyłem ok 11:00. W trakcie jazdy dogadywałem jeszcze kwestie noclegu. Miał być domek, ale ostatecznie wyszedł pokoik. Domek dla jednej osoby, to byłaby jednak przesada. Warunki pandemiczne, więc generalnie obowiązywała pełna przyczajka. Do Chmiela dojechałem już po ciemku, ok 21:00. Przed samym Chmielem przy drodze udało mi się jeszcze spotkać pokaźnego borsuka:] Miły akcent na początek. Pokoik był malutki, w przyjemnym oldschoolowym klimacie – dwa łóżka, szafa, stolik. Zjadłem, szybka toaleta i spać.

dzień 2 – rawki
Spało się dobrze. Za oknem niespodziewanie powitał mnie biały krajobraz, sypał śnieg. Zdążyło już napadać sporą warstwę. Samochód zaparkowałem za domem, na spadku przodem w dół. Widziałem go z okna. Zastanawiałem się, czy w ogóle uda mi się wyjechać z posesji. Zjadłem śniadanko, spakowałem plecak i w drogę. Wyjechałem. Dwernik, Dwerniczek, w prawo na Wielką Pętlę Bieszczadzką i zaraz za Stuposianami zjazd w lewo na Muczne i Tarnawę. Już wcześniej asfalt był biały, tutaj robiło się zupełnie nieprzyjemnie. Tzn. tak ogólnie, to było super, tylko zdałem sobie sprawę, że jestem zupełnie nieprzygotowany na takie zimowe przedzieranie się samochodem. Przede wszystkim miałem wręcz wyjątkowo niskie auto, poza tym przy sobie w razie czego nie miałem linki holowniczej, a nawet byle jakiej łopaty.


Brnąłem do przodu. Gdybym się zatrzymał podejrzewam, że nie ruszyłbym już z miejsca. Zaczęły się zakręty i pochylenie terenu. Im dalej tym w większą wpadałem panikę. W Mucznem był kawałeczek bardziej rozjeżdżonej drogi. Zatrzymałem się. Myślałem, żeby może pożyczyć od kogoś przynajmniej łopatę w razie czego. Niestety, wokół ani żywego ducha – pustka. Wszędzie leżał świeżutki śnieg, jeszcze nieskalany ludzką stopą:] Ruszyłem dalej. Kolejne kilka kilometrów przejechałem jakimś cudem. Za dwoma serpentynowymi zakrętami, jeszcze przed Tarnawą zatrzymałem się w zatoczce. Nie wiedziałem co robić. Byłem w dolinie, więc gdybym teraz zawrócił, czekałoby mnie wdrapywanie się pod górę. Z drugiej strony jadąc dalej pewnie w końcu też bym utknął i pół dnia spędził czekając aż ktoś pomoże mi się wydostać. Stałem tuż przed Roztokami – odnogą Sanu. Uznałem, że zostawię samochód, pójdę pieszo do Tarnawy i rozejrzę się za jakimiś ludźmi. Zasięgnę języka jak wygląda trasa dalej. Spotkałem grupkę ludzi wybierających się na narty. Pogadaliśmy chwilę. Powiedzieli, ze raczej powinno się udać dojechać do Bukowca. Jednak po dłuższej rozkmince uznałem, że spróbuję zawrócić i zamiast planu na dzisiaj wybiorę się na Rawki. Jeśli uda mi się nie utknąć w śniegowej zaspie, co w sumie było mało prawdopodobne.

Przejechałem tylko kawałek i z naprzeciwka pojawił się jadący w stronę Tarnawy pług. Byłem uratowany. Teraz szybko do Przęłęczy Wyżniańskiej. Stamtąd rusza się zielonym szlakiem na Małą Rawkę. Asfalt Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej był praktycznie czarny, za to parking na przełęczy nieodśnieżony. Trzeba było trochę się pomęczyć, ale udało mi się w końcu zaparkować. Sympatyczny pan ściągnął opłatę parkingową, przy okazji nawijając skąd jest i ile ziemi ma jego brat czy szwagier, jakoś tak :]




Na parkingu było dosłownie kilka samochodów. Fajnie, im mniej homo sapiens tym lepiej. Raczki początkowo schowałem do plecaka, ale już chwile po starcie nałożyłem je na buty. Śniegu było sporo, prawie nie rozdeptany. Za to pogoda dopisywała, pojawiło się słoneczko, morale wzrosły, było pięknie. Najpierw idzie się w miarę płasko. Po minięciu Bacówki PTTK Pod Małą Rawką trasa robi małą pętelkę przez las i po odrobinie wspinaczki pojawia się Mała Rawka. Było wspaniale. Wszystko przysypane śniegiem, puściutko.





W pewnym momencie pojawiła się jakaś parka na nartach. Przyszlli chyba od strony Działu. Za nimi jakichś dwóch mundurowych – straż graniczna bądź leśnicy – również na nartach. Śniegu miejscami spokojnie po kolana. Po ubitym śniegu szło się spokojnie, ale od czasu do czasu noga nagle wpadała w śniegową dziurę. Paliki przy Małej Rawce przysypane były aż po czubki.



Obydwie Rawki połączone są fragmentem żółtego szlaku. Kawałek idzie się pod osłoną drzew, aż w końcu pojawia się nieosłonięte, strome podejście. Wiało solidnie, śnieg dawał po oczach, szlak prawie niewidoczny, szedłem na czuja. Chwilami ginęło się w białej przestrzeni.






W końcu na horyzoncie pojawia się stary słup geodezyjny. Następnie jeszcze kawałek nieosłoniętym szczytem i byłem przy Wielkiej Rawce. Stąd niebieski szlak prowadzi na Krzemieniec i dalej na zachód wzdłuż granicy. Tam poszli panowie w moro. Ja też chwilę się zastanawiałem nad Krzemieńcem, ale później musiałbym wrócić tą samą drogą, więc uznałem, że nie ma sensu. Krzemieniec zostawiłem na inną wyprawę.






Stąd niebieski szlak prowadzi aż do parkingu przy drodze nad Rzeczycą. Zaczęło się schodzenie. Wiatr przestał męczyć, widoczność była lepsza, odbiłem kawałek od szlaku i przycupnąłem, żeby przyczilować i rozejrzeć się przez lornetkę po okolicy.




Dalsza droga prowadzi ciągle z górki i przez las. Mniej więcej w połowie znajduje się duża wiata. Można przycupnąć na szamanko, ja natomiast przysiadłem później, kiedy szlak ciągnie się tuż przy strumieniu – Wielka Rawka. Wciągnąłem kanapeczki z mielonką wpatrując się w szumiącą wodę i zaraz później byłem już na dole przy parkingu. Teraz musiałem dostać się do samochodu, czyli wrócić na parking na Przełęczy Wyżniańskiej. Drogą to niecałe 4 km. Już po niecałym kilometrze zatrzymał się samochód, a w nim dwóch uśmiechniętych koleszków z psem proponujących mi podwózkę. Fajna ekipa, właśnie wracali w okolice Rzeszowa z kilkudniowego wypadu. W miłym towarzystwie dotarłem do swojego samochodu. Wróciłem na kwaterę do Chmiela. Coś przekąsiłem i ze względu na to, że do końca dnia pozostało jeszcze kilka godzin, zacząłem się rozglądać za jakimś ciekawym miejscem, do którego mógłbym się udać. Studiując mapę wymyśliłem, żeby zaliczyć pasmo Otrytu u stóp którego leży między innymi Chmiel. Najpierw trzeba by było dostać się do leżącego 4km na zachód Sękowca po czym ruszyć w górę przez Rezerwat Hulskie. Później pasmem Otrytu do Chaty Socjologa i do Dwernika. Z Dwernika niecałe 3 km do kwatery w Chmielu. Fajna opcja, ale na całość na pewno nie starczyłoby kilku godzin. Mimo wszystko uznałem, że przejdę się w stronę rezerwatu, a jak daleko dojdę to się zobaczy.
Szedłem asfaltem, aż do Sękowca wzdłuż szumiącego, wartkiego Sanu. Świeciło słoneczko i mimo leżącego ciągle gdzieniegdzie śniegu było cieplutko i maszerowało się bardzo przyjemnie.



Przed Rezerwatem Hulskie znajduje się magiczny punkt widokowy. Są też ławeczki i profesjonalne miejsce na ognisko.




Zaraz obok przed lasem stoi znak „Uwaga niedźwiedzie”. Poczułem mały niepokój, ale pomyślałem, że wiadomo, że gdzieś tam są niedźwiedzie, ale żeby je spotkać to już inna bajka. Poczytałem o rezerwacie i jego patronie, po czym ruszyłem dalej. Co prawda chwilę później wyciąłem sobie porządny kijaszek w razie czego 🙂




Wędrując sobie radośnie zbliżałem się do terenu rezerwatu i nagle zauważyłem na śniegu odcisk niedźwiedzich łap. Bardzo świeży odcisk. Miś zbiegał z góry, wpadł na drogę, przeciął ją i poszedł dalej w dół zbocza – widać było nawet miejsce poślizgu na śniegu na krawędzi drogi. Najpierw stanąłem jak wryty i zacząłem rozglądać się bacznie dookoła. Ogarnął mnie strach. Zrozumiałem, ze prawdopodobieństwo spotkania misia jest spore. Biorąc pod uwagę fakt, że zbliżał się zmierzch, zrobiłem w tył zwrot i uznałem, że pora wracać 🙂





W drodze powrotnej zrobiłem jeszcze postój przy punkcie widokowym. Zjadłem kanapeczkę i zaparzyłem mate. Wracałem już zupełnie po ciemku. Z telefonejra towarzyszył mi SDM i Bieszczadzkie anioły :]



dzień 3 – Jasło
Wypadałoby dzisiaj zgodnie z planem udać się do Bukowca. Jednak obudziłem się w dobrej formie. Nogi nie bolały, ciągle były chęci na zdobywanie szczytów:] Uznałem, że szkoda formy na spacerki, że powinienem wybrać jednak jakąś bardziej wymagającą trasę. Z wcześniejszych rozmyślań miałem wybranych kilka fajnych opcji do zrealizowania. Wybrałem czerwony szlak z Cisnej do Smereka. Szczyt Jasło to jeden z najlepszych punktów widokowych, a 6 godzin to idealny czas na szwendanko bez pośpiechu.



Cisna to znana i kluczowa miejscowość na mapie Bieszczadów, niestety nie miałem okazji porządnie się tu pokręcić. Mała wioseczka, ale wygląda na zadbaną. Jest nawet pseudo centrum czyli duży parking przy głównym skrzyżowaniu. W Cisnej właśnie znajduje się słynna knajpa Siekierezada, oraz stacja kolejki. Na ulicach pusto, dosłownie, na parkingu jeden samochód, klimat pandemiczny. Czerwony szlak rozpoczyna się przy opływającej Cisną rzece Solinkce. Na rzece znajduje się mostek z torami kolejki. Szlak jest poprowadzony tak, że trzeba przejść mostkiem a następnie skręcić w niepozorną ścieżkę w las.




Kawałek idzie się wzdłuż rzeki, następnie trzeba skręcić i dojść do strumyka, który znowu trzeba pokonać najlepiej suchą stopą:] Bardzo fajnie jest wytyczona na trasa, dużo się dzieje. Tutaj leży już więcej śniegu. Co chwila na ścieżce mijamy powalone w poprzek drzewa. Tym razem zamiast raczków założyłem antypoślizgowe ochraniacze na buty, oczywiście Quechua. Spodziewałem się więcej błota, a poza tym chciałem je przetestować.






Kawałek dalej dochodzi się do miejsca katastrofy śmigłowca z 1991 roku. Nie miałem wcześniej pojęcia, że coś takiego miało tu miejsce. Jest znak, pamiątkowa tablica znajduje się dwadzieścia metrów od szlaku.

Następnie szlak przecina leśna droga, którą się przechodzi i znowu wślizguje do lasu.


Robi się bardziej stromo, pomiędzy drzewami widać piękny górzysty krajobraz. Słoneczko przyjemnie przygrzewało. Chwilami wychodzi się na polanę z większą przestrzenią i widokiem na okoliczne szczyty, po czym znowu wchodzi w las ogołoconych buków. Te drzewa, rosnące gęsto obok siebie, o różnych przedziwnych kształtach, w surowej, zimowej scenerii tworzą niesamowity klimat. No i byłem zupełnie sam. Do tej pory nie spotkałem zupełnie nikogo. Ten las przypominał mi komiksowy świat Thorgala. Tajemniczy i nieprzenikniony. Tylko patrzeć kiedy zza drzewa wyłoni się Strażniczka Kluczy 😀







Kawałek za kolejną piękną polaną jako pierwsze pojawia się Małe Jasło. Jedynie co kłuje w oczy to to, że tabliczka z nazwą szczytu przybita jest do obskurnego trójnogiego betonowego słupa. Wkrada się prl-owski klimat. Widok jest jednak wspaniały, w zasięgu wzroku jest już Wielkie Jasło.






Najpierw dochodzi się do skrzyżowania szlaków – czerwonego i żółtego. Ja mam zamiar iść dalej czerwonym, ale sam szczyt Wielkiego Jasła znajduje się już na żółtym szlaku kilkadziesiąt metrów dalej. Widok ze szczytu jest faktycznie piękny, widać połoniny i większość bieszczadzkich szczytów. Jednak trochę mącą go krzaczory. Szczyt zwieńczony jest kolejnym brzydkim trójnogim słupem na którym przymocowany jest krzyż. To główny punkt dzisiejszej wyprawy, więc zrobiłem sobie tradycyjną przerwę na mate, obserwacje lornetkowe i czilowanko. Długo jednak nie posiedziałem bo wiał mroźny wiatr, a bez ruchu robiło się co raz mniej przyjemnie. Żółty szlak prowadził do widocznej z góry miejscowości Przysłup. Ja wróciłem jednak na szlak czerwony.







Jeszcze jakiś czas towarzyszy mi panorama Bieszczadów. Pózniej znowu trochę przedzieranka przez las. Następnym punktem jest Okrąglik, przy słowackiej granicy. W prawo można ruszyć granicą na zachód, a kawałek dalej znowu rozwidlenie. Wzdłuż granicy albo do Smerka.








Na tej trasie jest jeszcze szczyt o dziwnej nazwie Fereczeta. Żeby do niego dotrzeć trzeba pokonać kilka mniejszych wzniesień. Idzie się przyjemnie, nie są to wymagające podejścia. Na jednym z nich kopiec usypanych kamieni, a na każdym kroku śmieszne, powykręcane drzewa. Idąc przez las trzeba ciągle rozglądać się za oznaczeniami szlaku, albo po prostu iść na czuja, bo śnieg utrudnia znalezienie oficjalnej ścieżki. No nareszcie Fereczeta. Wiedziałem, że tutaj jest kolejny punkt widokowy, ale nie spodziewałem się, że tak piękny. Musiałem zatrzymać się na czilowanko i mate.












Cholernie trudno było rozstać się z tym miejscem. Tylko ja i Bieszczady, przestrzeń i cisza. Nie było nikogo poza mną. Najchętniej zostałbym tutaj na noc, przedłużył tą chwilę i przywitał w tym magicznym miejscu nowy dzień. Jednak nie tym razem. Trzeba było ruszać do Smereka. Dalsza droga to już sielanka. Cały czas zejście. Niedawno jechał tędy quad zostawiając wyryte ślady. Mogłem ślizgać się kontrolowanie na butach i zjeżdżać po nich w dół nie zapadając się w zaspy. Na końcowym etapie szlak przecina znowu drogę, a dalej robi się już płasko i znika śnieg. Długo idzie się przez Smerek mijając posesje, osiedla turystycznych domków. Z lewej towarzyszy nam niewidoczny potok Niedzwiedzi, a z prawej rzeczka Smerek.





Po drodze zwróciła moją uwagę przechylona tablica informacyjna. Okazało się, że obok jest miejsce w którym kiedyś znajdowała się cerkiew i cmentarz. Na tablicy można przeczytać zarys historii wsi Smerek, cerkwi i losów jej mieszkańców. Miejsce upamiętnia drewniany krzyż i pamiątkowa tablica. Teren zarośnięty i trochę zaniedbany tym bardziej warto się tu zaszyć i podumać nad pokręconą historią tego miejsca.



Jeszcze trochę dreptanka i wyszedłem na asfalt Wielkiej Pętli. Obok był sklep, ktoś z niego wychodził, ale kiedy dobiegłem do drzwi były już zamknięte. Peszek. Trudno, coś tam jeszcze miałem na kolacje, więc nie było dramatu. Samochód miałem w Cisnej więc czekało mnie 15 km drałowania. Zrobiło się ciemno, założylem latarkę na głowę i ruszyłem. Miałem nadzieję, że w końcu coś jednak będzie jechało w tamtą stronę i mnie podrzuci, bo inaczej to jakieś 3 h wędrówki. Coś nadjeżdżało. Machnąłem ręką, ale przejechało i skręciło zaraz do hotelu kawałek dalej. No trudno. Jednak nie minęło 10 minut i ten sam samochód jechał znowu. Zatrzymał się nawet nie zdążyłem już machnąć. Stary, różowy opel corsa, a w nim dziewczyna drajwer. Jechała właśnie z pracy do domu do Cisnej. Bardzo sympatyczny człowiek, pogawędziliśmy sobie, do Cisnej zleciało w moment. Na parkingu dwóch miejscowych ziomeczków popijało browarki na murku. Wsiadłem w furkę i jazda do Chmiela. Sprawdzałem jeszcze, czy może jest jakiś otwarty sklep w okolicy. Wyskoczyło mi na googlu, że w Ustrzykach Górnym jest otwarty spożywczak. Przed samymi Ustrzykami zatrzymała mnie straż graniczna. Zero pytań, pan wziął dokumenty, chwile poczekałem na sprawdzenie i mogłem jechać dalej. Sklep oczywiście był zamknięty. Pozostało tylko wrócić na kwaterę.
Następnego dnia planowałem wracać. Jednak wiedziałem już, że plany ulegną zmianie i zostanę jeszcze jeden dzień:) Chodził za mna Otryt. Co prawda bałem się niedźwiedzi, ale czułem, że muszę się z tym zmierzyć.
dzień 4 – pasmo otrytu
Wstałem dosyć późno. Musiałem się dzisiaj rozliczyć za noclegi, a nie miałem wystarczającej ilości gotówki. Pojechałem, więc do najbliższego bankomatu, do Lutowisk. Przy okazji odwiedziłem sklep i zaopatrzyłem się w jedzonko. Wymyśliłem sobie, że jak już wróce, wieczorkiem, ostatnim bieszczadzkim, zrobię sobie spaghetti. Kupiłem też „Gazetę Bieszczadzką”, żeby zobaczyć co w lokalnej trawie piszczy. Między innymi znalazłem artykuł o niedźwiedziach i spotkaniach z nimi :] Doedukowałem się jeszcze w internetach co robić w przypadku takiej sytuacji. Teoretycznie sprawa jest prosta.
Należy:
- cały czas obserwować otoczenie
- najlepiej chodzić w grupie
- nie chodzić w nocy
- sygnalizować swoją obecność poprzez śpiewanie czy gwizdanie
- nie wyjmować jedzenia
- iść z wiatrem, żeby miś mógł nas wcześniej wyczuć
W przypadku spotkania
- powoli się wycofać
- mówić do misia głośnym stanowczym tonem
- stanąć jak najwyżej, można też podnieść ręce do góry
- jeśli miś nadal się zbliża można rzucić w jego stronę jakiś przedmiot który mógłby odwrócić jego uwagę, np. plecak
- jeśli to nie pomaga należy położyć się na brzuchu, lekko odchylić nogi(żeby misiowi trudniej było nas odwrócić), zapleść ręce na głowie i skulić się chroniąc twarz.


Oczywiście teoria swoją drogą, ale jak bym się zachował w rzeczywistości to trudno powiedzieć. Nie wiem czy udałoby mi się powstrzymać od spindalanka ile sił w nogach, a to podobno najgorsze co można zrobić.
No nic, spotkania z niedźwiedziem zdarzają się rzadko, a jeśli już najczęściej kończą się zaraz po tym gdy niedźwiedź nas zauważy. Jeśli nie jest zaskoczony po prostu się oddala.
Ciągle nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, że idę na Otryt, ale przygotowałem się i ruszyłem znowu asfaltem w stronę Sękowca. W Sękowcu, przed mostkiem na Sanie jest duży parking turystyczny, z wiatą i tablicami informacyjnymi. Można poczytać trochę o tutejszej florze i faunie oraz łyknąć trochę historii. Dzisiaj oczywiście nie było tu nikogo, ale jeszcze przedwczoraj widziałem jakiegoś nocującego tu kampera.


Posiedziałem chwilę i ruszyłem dalej w stronę rezerwatu. Minąłem znany mi punkt widokowy, tabliczkę „uwaga niedźwiedzie” 😀 Teraz włączyłem czujność 100%. Ciągle rozglądałem się na wszystkie strony, coś tam podśpiewywałem. Po krótkim czasie doszedłem do śladów, które zatrzymały mnie dwa dni temu. Kawałek dalej rozpoczynał się teren rezerwatu Hulskie. Była odpowiednia tablica z mapką.



Początkowo ciągle byłem spięty, ale z czasem było co raz lepiej. Teren jest przepiękny: głusza, strumyki, drzewa porośnięte mchem. Przez wilgoć ciągle między drzewami unosiła się mgła, magiczne widoki nieprzeniknionego lasu. Od czasu do czasu spotykałem tablice dydaktyczne, informacje odnośnie terenu i występujących tu roślinek – bardzo fajna sprawa. Zazwyczaj tablicy towarzyszyła ławeczka.



Kilka razy wyłaniając się zza zakrętu zaskoczyłem grupkę saren. Nie ukrywam, że sam mało nie zszedłem na zawał bo ciągle, na pełnej czujce wypatrywałem misia. Sarenki niespiesznie sobie czmychały, zewsząd rozlegały się śpiewy ptaków, przy drodze podziwiałem pojawiające się liczne kwiatki. Właśnie przy tej czynności natrafiłem na innego bieszczadzkiego mieszkańca – salamandrę plamistą. Przepiękny zwierzak.









Wypatrywanie było tym bardziej męczące, że droga wiodła przecinając wzgórze w połowie, przez co po prawej miałem musiałem patrzeć do góry, a po lewej zaglądać w dolinkę. W końcu dotarłem do punktu „Pod Hulskim”, czyli początku szlaku po pasmie Otrytu. Jest tu wiata, więc przysiadłem na mate i kanapkę.



Z tego punktu można iść jeszcze na zachodnią część pasma, ale już nie wyznaczonym szlakiem. Jest też ścieżka rowerowa niebieskim szlakiem, który dociera do miejscowości Polana. Morale wzrosły. Zakładałem, że jeżeli przeszedłem już przez rezerwat to główne niebezpieczeństwo mam za sobą. Posilony ruszyłem dalej.




Szło się faktycznie górą, pokonując niewielkie podejścia. Tak było właściwie przez całe pasmo, Pagórki, góra-dół. Śnieg pojawiał się i znikał. Zazwyczaj w dolinkach było go dużo, ubrałem więc, sprawdzone już wczoraj w boju antypoślizgowe nakładki. Po bokach spadający zboczami las we mgle. Po drodze nie było natomiast żadnej polany, miejsca z większym prześwitem, skąd można by zobaczyć trochę okolicy. Miałem poczucie, że jestem daleko od wszystkiego, w zamkniętym rewirze, w którym człowiek jest tylko przypadkowym gościem. Przyrodnicze zachwyty trwały do czasu gdy natknąłem się na świeżutkie niedźwiedzie ślady. Na śniegu były bardzo dobrze widoczne. Może bym tak nie panikował gdyby nie to, że śladów było mnóstwo, nie był to jeden miś. Bardzo dużo było ich na samym szlaku, tak jakby misie też wybrały dzisiaj niebieski do przejścia.



Jak tylko znikały na chwilę i się trochę uspokajałem po chwili pojawiały się kolejne. Znacząco przyspieszyłem tempo, chwilami wręcz biegłem. Bacznie się rozglądałem, żeby nie zaskoczyć się i tym bardziej nie zaskoczyć misia, ciągle też głośno podśpiewywałem. Dawno się już tak prawdziwie nie bałem, jak dziecko. To było jakieś 1,5 h zaiwaniania. Spociłem się jak szczur, ale im byłem dalej tym bardziej się uspokajałem. W okolicy szczytu Kamianka od szlaku odchodzi droga w bok. Tutaj też pojawiły się tabliczki z informacją o pobliskim wyrębie. Tabliczki już nieaktualne, ale sprawiły, że się wyluzowałem. Teren niedźwiadków prawdopodobnie miałem już za sobą, a przynajmniej tak sobie to tłumaczyłem. Została jakaś godzinka drogi do „Chaty socjologa”.






Nie bardzo wiedziałem czym owa Chata Socjologa jest, poza schroniskiem oczywiście. Kilka razy pojawiły się na drzewach informacje, że „nasze psy biegają swobodnie”. Niby ok, ale w głowie widziałem wściekłe rottweilery. Później pojawiły się jakieś ozdoby na drzewach i worek treningowy:] Nareszcie dotarłem do samej chaty. Miejsce jet mega klimatyczne, spowite mgłą, tym bardziej, że zupełnie wyludnione, nie było nikogo. Na całym terenie były powyznaczane miejsca, a to toalety, a to huśtawka, lokal wyborczy(?), miejsce dyskusji, miejsce zadumy. Pustka. Czuło się, że normalnie jest to miejsce pełne radosnego szaleństwa i młodych, otwartych, serdecznych ludzi. Teraz wyglądało jakby przed chwilą wszyscy gdzieś uciekli, albo się schowali. Pandemia, wcześniej spotykałem też ogłoszenia, że ze względu na pandemię Chata Socjologa wyłączona jest z ruchu turystycznego. Z jednej strony szkoda, bo może spotkałbym kogoś ciekawego i bardziej poznał to miejsce od środka, a z drugiej sytuacja sprawiała, że przez tą tajemniczość było to miejsce tym bardziej wyjątkowe. Rozejrzałem się po całym terenie, poszwendałem, przystanąłem przy tablicy z informacjami i zdjęciami opowiadającej o tym miejscu. Fajne, ciekawe jak to będzie, jak kiedyś odwiedzę je w sezonie i bez pandemii, kiedy będzie tętniło życiem.








Z Chaty Socjologa szlak niebieski prowadzi do Dwernika, ale jest jeszcze ścieżka odchodząca bezpośrednio do Chmiela. Brałem ją wcześniej pod uwagę, ale nie miałem już siły na przedzieranie się przez las i ewentualne klucznie. Wybrałem zejście do Dwernika i stamtąd asfaltem spokojne dodreptanie do Chmiela. Co ciekawe tutaj właśnie, na początku zejścia spotkałem rozmawiająca parę młodych ludzi i psa. Pozdrowiliśmy się, szybki small talk i poszedłem dalej. Okazało się jednak, że dziewczyna pożegnała się z chłopakiem, on poszedł dalej do góry, a ona z psem zaczęła schodzić zaraz za mną. Zejście było trudne, bo na ścieżce było pełno błocka. Przy spotkanej ławeczce zrobiłem przerwę i poczekałem aż mnie dogoni. Dalej poszliśmy razem. Znowu bardzo ciekawy człowiek, chociaż była dużo młodsza gadało się swobodnie. W tej sposób drogą w dół minęła bardzo szybko. Pożegnaliśmy się na drodze w Dwerniku. Ona poszła w lewo (w Dwerniku mieli wynajęty domek), a ja w prawo w stronę Chmiela. Cóż to był za dzień, pełen emocji 😀 Wracałem sobie wesoło w sąsiedztwie szumiącego Sanu.

dzień 4 – powrót
Rano przed odjazdem odwiedziłem jeszcze starą cerkiew (aktualnie kościół rzymskokatolicki), która znajdowała się w Chmielu i przez cały czas pobytu ją mijałem. Teraz miałem chwilę, żeby się jej przyjrzeć.





Poniżej jeszcze zdjęcia wnętrza pokoju w domu właścicielki posesji. Jej tata był zapalonym myśliwym i znanym lokalsem.



Tak kończy się kolejna bieszczadzka przygoda.