Miałem do dyspozycji 1,5 dnia, które chciałem maksymalnie wykorzystać. Wziąłem na cel najbliższe szczyty, które nie są wysokie i mało wymagające. Dzień wcześniej zaklepałem nocleg w miejscowości Izby skąd bezpośrednio odchodzi szlak na Lackową. Na miejsce dotarłem przez północą. Miałem do dyspozycji mały, ale przyjemny pokoik w Agroturystyka Izby. Zapowiedziałem wcześniej, że przyjadę późno i pani powiedziała, żeby zadzwonił jak już dojadę. Okazało się jednak, że nie miałem zasięgu, więc musiałem użyć dzwonka. Sympatyczna pani zaprowadziła mnie do pokoju na piętrze. Na parterze znajdowała się duża sala jedzeniowa i kuchnia, z której jednak nie dane mi było skorzystać bo jutro czekał mnie intensywny dzień i chciałem się wyspać.
Dzień 1: Lackowa, Radziejowa, Wysoka
Pierwszym celem był najwyższy szczyt Beskidu Niskiego – Lackowa, 997 m n. p. m. . Wyruszyłem o 9. Spakowałem rzeczy, bo kolejny nocleg miałem zarezerwowany w innym miejscu, bliżej kolejnych szczytów. W Izbach po drodze na szlak znajduje się mały sklep. Wstąpiłem tam, żeby kupić kilka bułek, picie i coś słodkiego. Wieś kończy się parkingiem na przeciw restauracji Końska Dolina. Ja zatrzymałem się trochę dalej na poboczu drogi, gdzie stało już kilka samochodów. Pogoda była ładna, choć pochmurna. Ruszyłem. W międzyczasie szlakiem przejechał samochód. Jak się później okazało można było podjechać jeszcze z kilometr bliżej. Najpierw idzie się szutrową dróżką mając po lewej widok na zalesioną Lackową.
Zgodnie z mapą wejście na Lackową i droga powrotna powinna zająć 2:32 h (7,6 km).
Po wejściu w las, dochodzi się do Przełęczy Beskid, gdzie zaczyna się przygraniczny czerwony szlak.
Większość trasy jest bardzo lekka i przyjemna, taki leśny spacerek. Jednak na koniec czekało mnie ostre podejście – strome zbocze obsypane kamieniami. Nie sprawdzałem wcześniej szczegółowo tego podejścia i trochę mnie zaskoczyło. Oczywiście mile:)
Po wdrapaniu się na górę, pozostaje kilkaset metrów do szczytu. Wkoło las, więc nie jest to punkt widokowy. Po lewej tablice polskie, po prawej czeskie. Zabawne jest to, że czeskie słupki i tablice zazwyczaj są odrapane i wyglądają jakby miały już swoje lata. Spełniają swoją funkcję, ale wyglądają po prostu na stare, stąd prezentują się tak poczciwie. Usiadłem na jedynej ławeczce i trochę się posiliłem.
W międzyczasie zaczęli przychodzić inni wspinacze. Jeden młody chłopak przysiadł się do mnie, więc wymieniliśmy się wrażeniami. W końcu ruszył pierwszy w drogę powrotną. Poczekałem chwilę, żeby mógł swobodnie lecieć swoim tempem i też zacząłem schodzić. Wyszło ostatecznie tak, że dogoniłem go i szliśmy już do końca razem. Towarzyszyła nam piękna słoneczna aura.
Kolejnym punktem planu była Radziejowa, czyli Beskid Sądecki. Czekała mnie ok. 70-ciokilometrowa przejażdżka samochodem. Żeby o drobinę skrócić drogę, pojechałem bezpośrednio spod restauracji w Izbach drogą, która w momencie kiedy to piszę na mapie Google oznaczona jest jako nieprzejezdna. Wjeżdżając na nią nie widziałem jednak żadnego zakazu. Wąska droga, prawie w całości wyłożona betonowymi płytami. Po drodze wyprzedziłem jeszcze jeden pojazd. Po ok. 5 km tego ekscytującego odcinka wyjechałem na drogę 75 w kierunku Nowego Sącza.
Przed Nowym Sączem przebiłem się na 87 i dalej prosto, aż do Piwnicznej-Zdroju gdzie skręca się w prawo w kierunku Stacji PKP i Kosarzysk. Wcześniej na 75 w sąsiedztwie drogi towarzyszyła mi rzeka Kamienica, a na 87 dużo okazalszy Poprad. Na końcu Kosarzysk znalazłem lokalny sklepik, w którym zaopatrzyłem się w prowiant. Dalej droga robi się bardzo wąska i minąłem złowrogi znak zakazu wjazdu z wyłączeniem klientów pensjonatów i schronisk. Do samej Obidzy zostało jeszcze ok. 2,5km, ale sporo turystów już stąd zaczynało wędrówkę. Uznałem, że pojadę dalej i zobaczę co z tego wyjdzie.
Ten fragment drogi jest prześliczny. Malownicze serpentyny wąską dróżką w górę. Przy Bacówce w Obidzy skręciłem w prawo i szukałem miejsca parkingowego. Obawiałem się jechać dalej bo był tłok, a dróżka bardzo wąska, ale pan z samochodu jadącego za mną dał mi znać, że spokojnie mogę jechać dalej. I faktycznie dojechałem do samego końca, gdzie przy gospodarstwie właściciel chętnie udostępniał parking za odpowiednią opłatą. Dalej już się jechać nie dało, dosłownie za winklem wchodziło się na szlak.
Zgodnie z mapą trasa na Radziejową i spowrotem to 3:05 h, 9 km.
Początek trasy wiedzie jeszcze wąskim asfaltem. Pogoda była idealna, słońce dodawało mocy. Po chwili mija się Przęłęcz Obidza gdzie w lewo dobija niebieski szlak, a kawałek dalej przy Litawcowej (967 m n.p.m.) tym samych niebieskim szlakiem skręca się w prawo.
Szlak robi się węższy, z kamienistymi fragmentami, łąki zamieniają się w las. Mniej więcej w połowie tego odcinka, prowadzącego do Wielkiego Rogacza (1142m n.p.m.) przy szlaku mijamy krzyż przytwierdzony do głazu. Na końcu, przed samym Rogaczem podwyższenie się kończy i kawałek schodzi się w dół. Miła zmiana. Po dwustu metrach dochodzimy do znaku i wchodzimy na czerwony szlak na Radziejową.
Początek to znowu przyjemne zejście w kierunku Przełęczy Żłobki. Przez krzaki zaczynają przebijać się piękne dalekie krajobrazy, a za zakrętem wyłania się widok na przełęcz i ciągnący się wężykiem kamienisty szlak. Robi wrażenie.
Zaczyna się ostatnie podejście. Najpierw fragment z nielicznymi kikutami drzew, a poźniej las.
Po ośmiuset metrach docieram na szczyt. Stoi tu spora drewniana wieża widokowa, obok milenijny monument i jeszcze jakiś kamienny stożek.
Na wieży zapierające dech w piersiach krajobrazy. Na szczęście nie było dużego tłoku i można było przycupnąć i napawać się widokiem. Po raz kolejny przeżyłem miłe zaskoczenie. Dzięki temu, że nie zrobiłem wcześniej dokładnego przeglądu, nie spodziewałem się tej wieży i miałem niespodziankę.
Ruszyłem w drogę powrotną. Miłem same znajome twarze które wcześniej wyprzedzałem podczas podejścia.
Na samym końcu/początku za zagrodą pasły się owieczki, a przy ławie można było posilić się zakupionym serkiem.
Kolejna w kolejce i ostatnia dzisiaj miała być Wysoka, najwyższy szczyt Pienin. Gdybym dysponował większą ilością czasu to z samej Radziejowej można bezpośrednio przejść na Wysoką, niebieskim szlakiem prowadzącym wzdłuż granicy. Ciekawa i zróżnicowana trasa, ale zajęłaby ponad 4 godziny. Ruszyłem więc, okrążając Beskid Sądecki, najpierw na północ wzdłuż Popradu, a później na południe w towarzystwie przepięknego Dunajca przez Krościenko i Szczawnice do Jaworek.
Skorzystałem z parkingu położonego kilka kroków od wejścia na szlak. Początek trasy prowadzi przez Rezerwat Wąwóz Homole. Przepiękna kamienista ścieżka otoczona skałami w towarzystwie płynącego wąwozem potoku. Kilka razy przechodzi się przez małe, metalowe mostki nad wodą. Dalej pojawia się fragment metalowych schodów i poręczy. Po około kilometrze wędrówki dochodzi się do Dubantowskiej Polany. Jest tu kilka drewnianych ław i tzw. Kamienne księgi czyli niewielka formacja z wapiennych warstwowych skałek, o których istnieniu dowiedziałem się dopiero robiąc tą relację. Jak się okazało złapałem je na zdjęciu powrotnym, w zapadającym już zmroku.
Kilkaset metrów dalej skręca się przy Jameriskowej Skale, która znajduje się nieopodal.
Skał robi się co raz mniej, aż kończy się las i wychodzi się na piękną zieloną polanę. Zaraz po lewej, w dole, przy lesie, znajduje się Studencka Baza Namiotowa Pod Wysoką. Zielony szlak prowadzi wyżej, ścieżką przez rozległe pastwiska.
Po drodze na wzgórzu ścieżka przebiega obok dwóch rozłożystych drzew, miejsca oznaczonego na GugelMapsie jako „Jawor Strażaków”.
Przed wejściem do lasu stoi tablica informująca o zaczynającym się terenie rezerwatu Wysokie Skałki. Po pięciuset metrach fragmentami poręczowanej ścieżki dochodzimy do granicy. W lewo skręca się w stronę Wysokiej. Szlak na Wysokiej się kończy, więc wrócić można tylko tą samą drogą.
Bardzo klimatyczny fragment. Kamienista ścieżka utkana korzeniami. Jeszcze przed szczytem przy szlaku znajduje się oporęczowany punkt widokowy. Kilka razy pojawiają się metalowe schodki na skałach.
Takimi schodkami wchodzi się w końcu na szczyt. Ze skalistego wierzchołka rozciąga się wspaniały widok. Przepiękne miejsce. Czułem satysfakcje. To był świetny szlak: skalisty wąwóz ze strumykiem, las, piękne rozlegle polany, a na końcu klimatyczne podejście uwieńczone skalistym szczytem z cudownymi widokami. Na szczycie było niewiele miejsca, skałki wystają nad lasem i tworzą małą półkę na którą prowadzą wspomniane metalowe schodki. Można poczuć się jak ptak, orzeł który przysiadł sobie na samym czubku góry i spokojnie obserwuje.
Początkowo na szczycie była grupka ludzi. Jak się okazało, przyszli tutaj z Radziejowej bo polecił im tą trasę jakiś spotkany przy zejściu góral, mówiąc, że to niedaleko 🙂 Tymczasem łapaliśmy już ostatnie promienie słońca, a oni mieli jeszcze wrócić do samochodu w Obidzy. Posilili się i ruszyli, bo czekał ich jeszcze kawał nocnej wędrówki. Ja zostałem, żeby nacieszyć się jeszcze tą chwilą w samotności. Gdy zaczęło szarzeć ruszyłem w drogę powrotną.
Na polanie przy Jaworze Strażaków w oddali widać było duże stado owiec pilnowane przez zgraję psów pasterskich i bace. Przy szlaku kręciło się kilka dużych białych owczarków podhalańskich i ich mniejszych ale głośnych towarzyszy. Przede mną dostrzegłem wędrowca z kijkami w dłoniach. W pewnym momencie wszystkie psiaki podbiegły do niego z ujadaniem i przez chwilę sytuacja wydawała się niebezpieczna. Na szczęście w końcu baca postanowił zainterweniować i zaczął się wydzierać co zadziałało i psy się uspokoiły. Kiedy ja przechodziłem obok nich nie zwracały już na mnie uwagi. Dogoniłem chłopaka przede mną i podzieliliśmy się emocjami. Młody student kierował się na pole namiotowe, więc po chwili się pożegnaliśmy.
Zaraz po wejściu do lasu minął mnie jakiś jadący w górę dżip wypełniony śpiewającymi góralami. Kawałek dalej, przy Jeremiskowej Skałce w oddali zobaczyłem psa, border collie. Założyłem, że gdzieś nieopodal jest jego właściciel, więc ruszyłem dalej swoją drogą, ale po chwili mnie dogonił. Przez spory kawałek mi towarzyszył. Miał obrożę, uznałem, że pewnie jest związany z tymi góralami, którzy mnie minęli i biegł ich śladem. Przyspieszyłem więc, żeby go zgubić i choć długo jeszcze widziałem, że podąża za mną to w końcu zniknął.
Nocleg na dzisiaj miałem zarezerwowany w Agroturystyce na szlaku w Lubomierzu.
Dzień 2: Mogielnica, Lubomir
Dzisiaj Beskid Wyspowy i Mogielnica (1170 m n.p.m.). Do miejscowości Chyszówki z której miałem startować musiałem przejechać 25km. Pogoda rano było bardzo nieciekawa. Wyjeżdżałem w ulewie, ale z czasem robiło się co raz ładniej.
Podjechałem najdalej jak się dało zielonym szlakiem. Właściwie prawdopodobnie dało się jeszcze dalej, ale nie chciałem parkować na dziko. Z domku przy podwórku na którym stanąłem po chwili wyszedł właściciel i dogadaliśmy się na płatny parking.
Pierwsze 500 m wędruję się przez zielone łąki, po czym pomału wchodzimy w krzaczory. Trasa jest dosyć kamienista. W pewnym momencie szlak przecina leśną drogę.
Fajnym urozmaiceniem jest Polana Wiśnikówka (1088 m n.p.m.) Spory placek niezalesionej łąki. Niestety akurat wszystko pływało we mgle więc nie mogłem ocenić widoków.
W okolicy polany zaczyna się Rezerwat Mogielnica. Pojawia się coraz więcej skał kamieni i skalnych formacji. Na szczycie wita nas drewniany krzyż, kapliczka i wieża widokowa.
Jest tu sporo miejsca, powalone drzewa na których można przycupnąć a nawet miejsce na ognisko. Obok tabliczka upamiętniająca katastrofę niemieckiego bombowca w czasie wojny.
Bardzo fajny pomysł z tymi wieżami widokowymi na zalesionych szczytach. Tym razem było sporo mgły i chmur, ale widok robił wrażenie.
W drodze powrotnej mgła trochę odpuściła i na Polanie Wyśnikówce dało się dostrzec daleki krajobraz.
Kolejnym celem i zarazem ostatnim tego wyjazdu był Lubomir (904 m n.p.m.) w Beskidzie Makowskim. Czekała mnie przejażdża ok. 30 km do Kobielnika skąd startował najkrótszy zielony szlak.
Według mapy 1h, 2km w jedną stronę.
Parking pod szlakiem był wypełniony i musiałem chwilę poczekać, aż zwolniło się jedno miejsce. Od razu wchodzi się do lasu. Na przydrożnym drzewie ktoś umieścił obraz, który zmieniał się w zależności od kąta patrzenia (Matka Boska/Papież). Najpierw droga jest szeroka, później przechodzi w wąską, kamienistą ścieżkę.
Wchodzi się przyjemnie, z w miarę jednostajnym pochyleniem na całej trasie. Na szczycie ciekawy budynek Obserwatorium Astronomicznego, obok chatka na balach i ławki.
bbb
Po powrocie chciałem jeszcze wstąpić na obiadek w jakiejś lokalne miejsce. Padło na Karczmę Zbójnicką w Woli Skrzydlańskiej. Siedząc przy stoliku można podziwiać okoliczne krajobrazy. Najadłem się do syta plackiem po zbójnicku rzecz jasna.