Pierwotny plan całego wypadu przedstawiał się następująco:

Celem było osiągnięcie wszystkich szczytów w jak najkrótszym czasie. W odróżnieniu od zwykłych wypraw, nie skupiałem się na tym, żeby nie chodzić tym samym szlakiem w tę i z powrotem i żeby wyszukiwać przy okazji najciekawsze miejsca w okolicy. Czas miałem ograniczony, więc stał się głównym wyznacznikiem przy planowaniu.

Przyjazd

Zarezerwowałem pokój w domku „Szczepanówka” w Kalnicy. Jadąc w kierunku Jaworca trzeba skręcić w lewo tuż przed popularnym lokalnym sklepem spożywczym. Kawałek dalej znajduje się kościół. Do Szczepanówki trzeba skręcić w uliczkę jeszcze przed kościołem. Dostałem dwuosobowy pokój na górze, na poddaszu. Pokój duży i ładny, z balkonem i prywatną łazienką. Główny minus to brak moskitier, przez co wieczorną porą trzeba wybierać między zapalonym światłem, a otwartymi oknami. To mi przeszkadzało najbardziej, poza tym wszystko było ok.

Przyjechałem do Kalnicy ok. 18. Szybko się rozpakowałem i uznałem, że skoro słońce zachodzi ok 20:30 to wykorzystam ten wieczór i wybiorę jakiś najmniej wymagający szczyt, żeby jeszcze dzisiaj go zdobyć. Padło na Dwernik Kamień.

Nie spodziewałem się, że to będzie takie fajne miejsce. Kto wie, gdyby nie zawarcie tego szczytu w liście Korony Bieszczadów możliwe, że długo bym tam nie trafił. Wyruszyłem ok. godz. 19. Wchodząc na szlak minąłem schodzącą parę turystów, a kawałek dalej motocyklistę na crossie. Później nie spotkałem już nikogo. Na pierwszym etapie w sąsiedztwie szlaku płynie niewielki strumyk. Najpierw szlak jest szeroką drogą podjazdową, później przeradza się w klimatycznie zakorzenioną, kamienistą ścieżkę z fragmentem schodków z drewnianą poręczą.

Im bliżej szczytu tym więcej skalistych fragmentów. Kiedy dotarłem na górę słońce chyliło się ku zachodowi. Na szczycie nie było niestety tabliczki z nazwą, jedynie goły słupek. Nieopodal na skałach przybite są dwie tabliczki z dedykacją Leszkowi „Lestkowi” Sirce (od lat 90-tych właściciel gospodarstwa w Dwerniku) oraz Arturowi Nowotarskiemu (ratownik GOPR, zginął tragicznie). Szczyt usiany jest skałami, idealne miejsce, żeby posiedzieć dłużej.

Sto metrów dalej od samego szczytu znajduje się skrzyżowanie szlaków.

Towarzyszyłem zachodzącemu słońcu aż zrobiło się czerwone, po czym czmychnąłem, żeby załapać się na ostatnie promienie przy powrocie.

Na początku/końcu szlaku jest spory parking, duża wiata z miejscem na ognisko i tablice informacyjne.

Dzień 1: Wołosate – Tarnica – Halicz – PRzełęcz Bukowska – Rozsypaniec – Wołosate

Dzisiaj czekał mnie prawdopodobnie najpopularniejszy bieszczadzki szczyt czyli Tarnica. Na liście korony jest również Halicz, więc miałem zamiar zrobić pętelkę z Wołosatego, którą już raz przechodziłem i bardzo miło wspominam. Przede wszystkim okolice Kopy Bukowskiej i występujące tam skały ostańcowe i rumowiska skalne zwane grechotami. Jeśli się nie mylę przed samą Kopą Bukowską jest najokazalsza skała, tworząca klif na który można się wdrapać i chłonąć krajobraz. Można choć może nie powinno się, bo sama skała jest zaraz obok, ale jednak poza wyznaczonym szlakiem.

Do Wołosatego jedzie się z Ustrzyk Górnych asfaltową 6 kilometrową drogą wśród pięknych krajobrazów i piętrzących się szczytów. Przed parkingiem mija się jeszcze budynki hodowli konia huculskiego. Jak jechałem koniki akurat były na wybiegu.

W punkcie/kasie turystycznym wklepałem sobie pieczątkę do książeczki. Stała na specjalnie przygotowanym do tego parapeciku. W Wołosatym zaczyna się czerwony szlak i zarazem trasa Głównego Szlaku Beskidzkiego, który liczy sobie ponad 500km i kończy w Ustroniu:)

Trasa zaczyna się jak zazwyczaj lajtowo przez rozległe łąki aż do wejścia do lasu. Robi się stromiej, ale w większej części tego fragmentu są schodki i poręcze.

Po jakimś czasie w końcu wychodzi się na polanę i można już podziwiać piękne widoki. Stąd widać jak na dłoni jaki kawał jeszcze trzeba przejść, więc na ławeczkach wędrowcy zbierają siły.

Na tym fragmencie również pojawiają się schody, przez niektórych przeklinane, a przez resztę wychwalane. Faktycznie dziwnie się nimi idzie, bo stopnie są dosyć szerokie i ciężko dopasować do nich wielkość kroków. Najważniejsze, że przystając na złapanie oddechu można cieszyć oko pięknym krajobrazem, który dodaje energii i motywuje do podjęcia dalszej walki. Tak dociera się do Przełęczy pod Tarnicą. Na przełęczy stał quad, jak się później okazało GOPR-owski.

Stąd na samą Tarnicę jest 400m, ścieżką wyłożoną kamieniami i schodkami. Po drodze minąłem ekipę GOPR-u niosącą nosze, jak się okazało z manekinem. Wyglądało to na ćwiczenia, ale na szczycie ratownicy sprowadzali też turystę z kontuzją nogi.

Nie zabawiłem na szczycie długo, bo to był dopiero początek mojej trasy. Z Tarnicy dochodzi się Przełęczy Goprowskiej gdzie skręca się na Halicz. W oddali widać skalisty Krzemień i dalej Kopę Bukowską. Stąd jest przepiękny widok na Tarnicę i przełęcz ze skrzyżowaniem szlaków. Przypomniało mi się jak szedłem tędy w marcu, kiedy wszystko było zasypane śniegiem i w zaspach nie było widać kijków wyznaczających szlak.

Jak możemy dowiedzieć się z tabliczki informacyjnej, szczyt Kopy Bukowskiej jest wyłączony z ruchu turystycznego, ze względu na ochronę rzadkich i zagrożonych roślin. Możemy podziwiać jej skalisty szczyt z oddali.

Chwilę później widać już moją ulubioną skałkę 🙂

Widok stąd jest oszałamiający. Tutaj faktycznie „do ziemi dalej niż do gwiazd”.

Dalsza trasa na Halicz to fajny spacerek. Widoki rekompensują podejście. Jak widać na jednym ze zdjęć było tu trochę ludzi, między innymi pojawił się pan w podeszłym już wieku, ale zupełnie nie widać było, żeby był zmęczony. Śmigał jak kozica, w towarzystwie prawdopodobnie wnuczki. Wielki szacunek. Generalnie po Bieszczadach chodzi cały przekrój ludzi i spora część to jednak ludzie starsi, a przynajmniej dojrzali.

Kolejny szczyt – Rozsypaniec.

Dalej jest już zejście w kierunku Przełęczy Bukowskiej. Bardzo malownicze ścieżka, po drodze mijamy skaliste Berdo z grechotami wokół.

Schodzi się przy dużej wiacie. Tutaj kończy się klasyczny szlak.

Można odbić sto metrów w kierunku granicy, gdzie znajduje się piękny punkt widokowy na stronę ukraińską. Warto, przy ładnej pogodzie widok jest cudowny. Na miejscu ustawiona jest panorama z opisanymi szczytami.

Powrót jest długi i monotonny. To prawie 8 km marszu. Najpierw jest trochę zejścia kamienistą ścieżką, później jest już płasko, aż w końcu dochodzimy do asfaltu. Na szczęście w trakcie jest kilka mostków nad potokami i fajny teren bagienno-mokradłowy. Po drodze rozlokowane są też stacje drogi krzyżowej w postaci drewnianych kapliczek. W sumie może nie byłoby tak źle gdyby nie odciski i bolące kolano które zaczęło mi doskwierać przy schodzeniu.

Uznałem, że zasłużyłem na dobrą szamkę. Wybrałem najbliżej – Kremenaros w Ustrzykach Górnych. Historyczne schronisko, a sam bar nosi nazwę Pulpit na pamiątkę legendarnego lokalu gastronomicznego. Wziąłem zapiekany ser z żurawiną i frytkami. Szału nie było, ale smaczne i

Kolano mocno dokuczało, musiałem więc znaleźć aptekę i zakupić odpowiednie smarowidła, żeby wykurować się do jutra. Aptekę znalazłem w Polańczyku.

Wracając przez Polanki. niby styrany, ale zostało jeszcze trochę dnia, więc tradycyjnie odwiedziłem łopieńską cerkiew. To miejsca działa kojąco, na ciało i duszę. Poza mną nie było nikogo.

Na trasie mijałem Sine Wiry i kramik Kirima. Nieczynny. Jak wyczytałem wcześniej na fejsach wyjechał w swoją wymarzoną podróż na Syberię.

Na już zupełny koniec dnia natrafiłem na fajny zjazd nad Solinkę. Miło było wymoczyć zmęczone stopy w chłodnej, czyściutkiej wodzie.

Dzień 2: Rzeczyca – Wielka Rawka – Przełęcz Wyźniarska – Połonina Caryńska – Magura Stuposiańska – Pszczeliny

Plan był wymagający ze względu na fakt, że czekały mnie w sumie 3 zejścia i podejścia.

Kolano rano nie doskwierało. W razie problemów w trakcie wędrówki żele wziąłem ze sobą do plecaka. Zaparkowałem na parkingu Rzeczyca, nie było innych samochodów. W punkcie kasowym klepnąłem pieczątkę w książeczce, zamieniłem kilka słów z Panem pracownikiem i ruszyłem. Dochodziła 9:00, piękna pogoda, mocne słoneczko. Trasa zaczyna się malowniczym mostkiem przez Rzeczycę oczywiście, później spory fragment drewnianej kładki i pomału, stopniowo co raz wyżej.

Mniej więcej w połowie trasy na Wielką Rawkę mija się wiatę, nie chciałem się rozleniwiać na początku, więc nie robiłem postoju. Później robi się bardziej stromo, kamieniście i korzeniście 🙂

Ostatni fragment podejścia już z pięknymi widokami. Ze schodkowej ścieżki wchodzi się bezpośrednie na Wielką Rawkę.

Miło było odpocząć na szczycie. Był słoneczny dzień. Akurat od strony Małej Rawki nadeszli ludzie, para z młodym chłopakiem(synem?). To były moje pierwsze napotkane dzisiaj osoby. Pogawędziliśmy sobie bardzo sympatycznie, Podjedliśmy, oni ruszyli dalej na trójstyk, ja jeszcze chwilę posiedziałem sobie w samotności, pstryknąłem zdjęcia i poszedłem w swoją stronę.

Kawałek idzie się piękną połoninką. Z daleka widoczny jest duży kamienny posąg – znak geodezyjny.

Do Małej Rawki jest jeszcze kawałek. Początkowo jest niewidoczna, wyłania się za zakrętem, po przejściu zadrzewionego fragmentu.

Rawki odhaczone, więc schodzę w stronę Przełęczy Wyżniańskiej. W połowie drogi wyłania się malownicza chatka – Bacówka pod Małą Rawką. Wstąpiłem, żeby napić się kawy i przygotować psychicznie przed kolejnym podejściem.

Ostatni fragment to płaska szutrowa droga z pięknymi krajobrazami.

Na przełęczowym parkingu było sporo samochodów. Nic dziwnego, bo to był na prawdę piękny dzień.

W punkcie kasowym przybiłem pieczątkę i po przejściu na drugą stronę ulicy ruszyłem znowu ku górze. Do Caryńskiej miałem niecałe 2 km podejścia. Za plecami widok na niedawno odwiedzone Rawki. Piękny szlak z cudownymi widokami, z małym leśnym fragmetem.

Na Caryńskiej byłem dawno temu, z Sylwią. Miło było pojawić się tutaj ponownie. Niesamowite widoki. Najpierw jest miejsce oznaczone jako „Połonina Caryńska (grzbiet)”, a następnie po przepięknym fragmencie 1,5 km dochodzi się do punktu „Połonina Caryńska (1234 m.n.p.m.)”. Tutaj miałem opuścić czerwony szlak i zejść zielonym w kierunku Schroniska Koliba.

Zgodnie z prognozą po południu miały pojawić się burze. Ciemne chmury były widoczne w oddali. Miałem ciągle nadzieję, że uda mi się przemknąć.

Kiedy miałem schodzić w dolinę w stronę Schroniska Koliba powstało ciekawe zjawisko. Południowe zbocze Caryńskiej kąpało się w słońcu, a nad północnym pojawiły się burzowe chmury. Siedziałem sobie i obserwowałem.

Niestety zachmurzony kierunek to kierunek w który się wybierałem. Po chwili pojawiły się błyskawice i grzmoty. Obserwowałem. Trochę pokropiło. Nie było już czasu na czekanie. Jak uznałem, że burza wystarczająco się oddaliła, ruszyłem w dół. Leciałem szybko, pomimo że burzowe chmury były już oddalone, obawiałem się przebywania na otwartej przestrzeni, chciałem jak najszybciej schronić się w lesie. Po przejściu deszczowej burzy wszystko było mokre i parujące. Błocko i strugi wody sprawiały problemy, ale po chwili pogodziłem się z przemoczonymi spodniami i butami i delektowałem się wszechobecną soczystą zielenią, chłonącą deszczowe krople. Bieszczadzka dżungla w całej okazałości.

Po pewnym czasie dochodzi się do skrzyżowania z czerwonym szlakiem dydaktycznym – Przełęcz Przysłup Caryński. Stąd już tylko 3 minuty do Schroniska Koliba. Marzyłem, żeby choć chwile odpocząć od deszczu i wypić coś ciepłego.

Najpierw spostrzegłem stojący samochód, a później samą Kolibę. Widok była zabawny. Drewniana chata, otwarte drzwi, z jednej strony drzwi do garażu, z drugiej ława. Przy uchylonych drzwiach od garażu stało, bawiąc się, małe dziecko ubrane w samą tylko koszulkę. Przysiadłem na ławeczce. Po chwili pojawiła się jakaś dziewczyna i zabrała malucha.

W końcu wszedłem do środka. W środku bardzo przytulnie, przede wszystkim sucho i ciepło. Akurat przy okienku, z panią z obsługi rozmawiały dwie osoby ze straży granicznej. Pani dostała numer kontaktowy na który miała dzwonić gdyby działo się coś niepokojącego. Strażnicy wyszli, a ja zamówiłem kawkę i miskę bigosu – tylko to było dostępne. Ależ pyszniutki był ten bigos 🙂 Zajadając obserwowałem sytuacje za oknem. Po cichu liczyłem, że doczekam się końca deszczu. Niestety nic takiego się nie zapowiadało, ciągle lało. I tak miałem farta, że zmoczyło mnie w ostatnim fragmencie trasy. Zjadłem, posiedziałem chwile i ruszyłem dalej. Ostatni dzisiaj cel – Magura Stuposiańska.

Kawałek za schroniskiem mija się skrzyżowanie z odejściem żółtego szlaku do Bereżek.

Kolejny prawie kilometr deszczowej wędrówki i dochodzi się do szlaku niebieskiego. W lewo trasa na Magurę Stuposiańską, a w prawo zejście do Pszczelin.

Jestem przemoczony i zziajany, ale w końcu to już końcówka. Trzeba wejść i zejść tą samą trasą, ale to tylko 1km, więc nastawienie mam pozytywne. Jaram się tymi warunkami, które sprawiają, że przygoda robi się ciekawsza, a poza tym bieszczadzka głusza w deszczu prezentuje się niesamowicie.

Długo wyczekiwana Magura zdobyta 🙂 i to w trudnej walce. Takie podejście smakuje wyśmienicie.

Pozostało już tylko lajtowe zejście do Pszczelin-Widełek. Trochę ponad 4 km, według znaku 1,5h.

Po dojściu do asfaltu, po przeciwnej stronie znajduje się spory parking. Niebieski szlak idzie dalej na Bukowe Berdo. Kiedy się tam pojawiłem na parkingu stal tylko jeden samochód. Odszedłem na koniec parkingu i zacząłem łapać stopa do Rzeczycy.

Długo nikt się nie zatrzymywał, aż w końcu od strony Bukowego Berda pojawili się właściciele jedynego samochodu na parkingu. Oczywiście zatrzymali się i zabrali mnie ze sobą.

Tego dnia , wieczorkiem, wybrałem się na jedzonko do Bazy Ludzi z Mgły. Po drodze, w Smereku, mijałem zaparkowane przy knajpie konie 🙂

Dzień 3: Dolina Rabskiego Potoku – Chryszczata – Chatka w Huczwicach – Dolina Rabskiego Potoku / Dwernik – Trohaniec- Dwernik

Pierwszym dzisiejszym celem była Chryszczata. W drugiej części dnia chciałem zdobyć jeszcze jeden szczyt, więc na Chryszczatą trzeba było dotrzeć w miarę krótką trasą, a zarazem najciekawszą. Uznałem, że optymalnie będzie wybrać się z Doliny Rabskiego Potoku ścieżkami dydaktycznymi, najpierw zieloną, jak najszybciej na szczyt, a powrót urozmaicić sobie pętlą zahaczającą Jeziorko Bobrowe i Chatkę w Huczwicach.

Jadąc z Cisnej drogą 893, przed Baligrodem skręca się na Rabe. Zatrzymałem się na parkingu przy zakręcie na Zakład Górniczy Huczwice. Ścieżka spacerowa zaczyna się już kawałek wcześniej, ale chciałem podjechać możliwe blisko. Samym asfaltem, na upartego da się podjechać jeszcze dalej, aż pod Chatę Studencką Huczwice, ale chciałem przejść kawałek wzdłuż Rabiańskiego Potoku. Z parkingu trzeba dać nura w zachęcającą leśną ścieżkę.

Bardzo ładna trasa, porządnie przygotowana, nie jest to typowy bieszczadzki busz, ale porządnie przygotowana ścieżka spacerowa. Najpierw ciągnie się wzdłuż rzeki, następnie pięknym drewnianym mostem przechodzimy na drugą stronę i wchodzimy na polankę na której jest solidna wiata z miejscem na ognisko. Znajdują się tu również tablice informacyjne dotyczące budowy geologicznej okolicznych terenów a nawet makieta 3d. Bardzo ładnie jest to wszystko przygotowane.

Na dalszej trasie co jakiś czas pojawiają się „totemy” – tak na mapce nazwane są czarne stylowe słupki z różnymi ciekawymi informacjami. Fajnie ktoś to wymyślił.

Idąc dalej pojawia się punkt widokowy, który znajduje się na drewnianej wieżyczce. Kawałek dalej pojawia się odejście na Rezerwat Gołoborze. W rezerwacie znajduje się stary kamieniołom. Niestety nie miałem czasu, żeby odbijać, ale koniecznie będę musiał tu jeszcze wrócić. Podobno można tam znaleźć kwarc i dużo innych minerałów.

W dalszej części mijamy jeszcze usypany kwadratowy stos kamieni, później znowu ładny drewniany mostek i kończy się szlak spacerowy, a wchodzimy na ścieżkę dydaktyczną.

Trasa zmienia się na leśną szutrową drogę. Po niecałym kilometrze skręcamy zgodnie ze znakiem na zielony szlak na Chryszczatą. W pewnym momencie trafiłem na znak z zakazem wejścia informujący o przeprowadzanej zrywce. Faktycznie widać było ślady po sprzęcie i leżące drzewa, w oddali odgłosy silników. Postanowiłem jednak olać znak i zaryzykować opierdziel od pilarzy, nie mogłem sobie pozwolić na opóźnienia na tak wstępnym etapie.

Minąłęm stojącego na drodze busa z drwalem dłubiącym w pile. Byłem gotowy na ochrzan, ale nie odezwał się ani słowem. W końcu z szutrówki skręciłem w leśną ścieżkę i pomału zaczęło się podejście.

Przepiękny fragment prowadzący przez bieszczadzką, soczyście zieloną gęstwinę. Końcówka jest dosyć stroma i pozwoliła mi się solidnie zmęczyć. Kiedy wszedłem na górę, przy ławach na szczycie siedziała trójka wędrowców – pani i dwoje młodych ludzi. Bardzo sympatyczni ludzie, zaprosili mnie, żebym usiadł razem z nimi, a nawet poczęstowali jedzonkiem. Wkrótce ruszyli dalej. Odsapnąłem, posiliłem się, a w międzyczasie pojawił się jeszcze jeden samotny wędrowiec. Poszedł dalej w stronę Jeziorek Duszatyńskich. To znane miejsce i korciło mnie, żeby też je zobaczyć, ale uznałem, że zrobię to innym razem, teraz skupię się na celu. Poza tym wracać miałem inną drogą, przez Jeziorko Bobrowe, więc atrakcji i tak miało nie zabraknąć.

Na szczycie Chryszczatej, kawałek dalej nad skarpą stoi ładny drewniany krzyż, z tajemniczo brzmiącymi niemieckimi danymi i datą śmierci 07.02.1915. Na tabliczce podpis Fundacja Przywrócimy Pamięć. Nie ma żadnej innej informacji, ale jak wyczytałem później, jest to efekt akcji upamiętniania poległych na tej ziemi żołnierzy z czasów I wojny światowej. W okolicy znajdują się podobno pozostałości rowów strzeleckich, bunkrów i umocnień ze wszystkich wojen po kolei. Ten konkretny krzyż pochodzi z cmentarza w Gładyszowie, z którego został usunięty podczas prac remontowych. Dlaczego padło akurat na tą konkretną osobę, to na razie pozostaje zagadką.

Ruszyłem w drogę powrotną. Około kilometra idzie się tą samą trasą w stronę Doliny Rabskiej, po czym skręca w lewo na czerwony szlak do Jeziorka Bobrowego. Tutaj rozpościera się dzika soczysta dżungla. Im bliżej jeziorka pojawia się bardziej bagienna roślinność.

I tutaj właśnie, wśród tych pięknych chaszczy nagle coś dużego zamruczało i zerwało się dosłownie kilka metrów ode mnie. Tak mi się miło wędrowało, że zupełnie straciłem czujność, zląkłem się. Od razu, w panice wyszperałem hukowca-gumowca z plecaka i od tej pory szedłem z nim w dłoni. Nie wiem właściwie co dokładnie spotkałem, poza tym, że było to coś dużego. Podejrzewam, że to był łoś.

W pewnym momencie w oddali między drzewami pojawia się jeziorko. Drewniana barierka prowadzi w dół do mostku.

Zaraz za mostkiem znajduje się duża drewniana wiata na wodzie. Cudowne miejsce, żeby posiedzieć i odpłynąć sobie myślami w towarzystwie tych pięknych okoliczności. Aż się trochę zasiedziałem.

Obok jest kilka tablic informacyjnych i kapliczka koła łowieckiego 🙂

Od jeziorka wiedzie znowu szutrowa droga na której zdarzały się mniejsze i większe kałuże, pewnie jeszcze po wczorajszym deszczu. Tuptając sobie wesoło, w jednej z takich kałuż dostrzegłem życie 🙂 konkretnie Kumaka górskiego. Od zawsze chciałem go spotkać i nadeszła właśnie ta chwila. Po dokładniejszej analizie kumaki spotykałem prawie w każdej kałuży i to w dużych ilościach. To były jakieś kumacze imprezy.

Sporo czasu spędziłem z nosem w kałużach 🙂 Trzeba było iść dalej.

W oddali minąłem kolorową pasiekę. Słychać było bzyczenie, nie podchodziłem bliżej. Kawałek dalej przy drodze tabliczka wskazująca cerkwisko. Po schodkach do góry i jest – mały, zarośnięty placyk otoczony drewnianą barierką. W trawie kopiec ze starych cmentarnych krzyży. To wszystko co pozostało.

Kolejna napotkana perełka to drewniana chatka w oddali. Prawie niewidoczna w bujnej roślinności. Nie przygotowałem się wcześniej, nie wiedziałem co to za miejsce. Odkrywałem je na bieżąco jak jakieś magiczne, znalezione tylko przeze mnie magiczne miejsce. W dół, w dolinę schodzi się zarośniętą ścieżką, po czym po ułożonej kładce nad strumykiem przechodzi się do chatki. Na zewnątrz ławeczki i miejsce na ognisko. W środku bardzo przytulnie, trochę gratów, na środku kominek, w kącie stół i kilka prycz, jest też strych. Jak się okazało stacjonuje tu Studencki Klub Podróżniczy „Czwórka”. Super miejsce, kimanie tutaj to musi być niesamowite przeżycie.

No i powrót do asfaltu. Na końcu szlaku jeszcze Studencka chata w Huczwicach, zamknięta.

Przysiadłem na chwilę nad wodą. Jest tu drogowskaz na kapliczkę i cmentarz wojenny, które odwiedzę innym razem, teraz czeka na mnie Trohaniec. Sporo tu jest fajnych miejsc, które kuszą do spontanicznego zmodyfikowania planu. Tym razem nie mogę sobie na to pozwolić.

Stąd drepcze już sobie asfaltem prosto do samochodu.

Ruszam bezpośrednio do Dwernika na początek szlaku na Trochaniec. Parkuje i od razu nurkuję w leśną ścieżkę zaraz za znakiem „Uwaga niedźwiedzie” 🙂

Znak podziałał na psychikę, więc od początku pomykałem z hukowcem w dłoni 🙂 Przypomniała mi się wcześniejsza wyprawa po paśmie Otrytu, kiedy cały czas na szlaku widniały świeże niedźwiedziowe ślady i przez cały czas byłem w mega strachu, że w końcu się spotkamy. Teraz znowu to poczułem, chociaż nie wypatrzyłem ani jednego śladu. Dzięki temu miałem całkiem szybkie tempo.

Ciągle rozglądałem się po okolicznych krzakach ściskając w łapie klamkę. Trochę to trwało, ale w końcu przywitał mnie Leszy, pilnujący ścieżki do Chaty Socjologa. Uznałem, że wpadnę zobaczyć czy coś się tam dzieje.

Wokół chaty cisza i spokój, a na ławeczce pod samymi drzwiami jakiś jegomość uciął sobie drzemkę bądź też przybił gwoździa. Uroczy to był widok. Po raz kolejny Chata Socjologa owiana jest jakimś niepokojącym, tajemniczym klimatem. Straszno i intrygująco.

Stąd na Trohaniec mam 2 km zielonym szlakiem. Po drodze zielony szlak odbija na Lutowiska, a trasa na Trohaniec jest ślepa, po jego zdobyciu trzeba zawrócić. W oddali, gdzie na północy słychać było pomrukiwanie burzy.

Szlak robi się wąski i zarośnięty. Przedzieram się przez mokre chaszcze pomagając sobie nieodłącznym i jakże zbawiennym w takich warunkach kijaszkiem.

W końcu jest. Przed samym szczytem stoi duży drewniany krzyż, a nad tabliczką „Trohaniec” powiewa biało czerwona.

Zza drzew przedzierała się fala słonecznych promieni. Urokliwe miejsce, idealne zakończenie wędrówki. Koniec świata. Poszedłem za światłem, mokry od deszczu i potu oddychałem cudownym bieszczadzkim powietrzem patrząc na górskie pasma w oddali. Trochę się zasiedziałem, nie miałem ochoty opuszczać tego miejsca.

W drodze powrotnej znowu zajrzałem do Chaty Socjologa. Pan, który wcześniej kimał na ławce przed drzwiami, tym razem w towarzystwie jeszcze dwóch chłopaków siedział przy ławie i sączył tatre. Chłopaki mieli miseczki i coś zajadali. Przysiadłem się. Okazało się, że dwóch chłopaków to studenci z Warszawy, a Pan od tatry to miejscowy włóczykij. Bardzo sympatycznie się z nimi rozmawiało. Jeden z nich zaproponował żeby wszedł do chatki i zobaczył jak wygląda w środku. Oni nocowali tu od kilku dni. Byłem ciekawy jak schronisko wygląda w środku. Miałem mokre buty i skarpety, więc nie pomyślałem, żeby zdejmować buty. Wewnątrz było bardzo przytulnie. Jeszcze nigdy nie nocowałem w żadnym schronisku. Przywitał mnie pies i starszy Pan, który najpierw zrugał mnie, że łamię zasady i nie zdjąłem butów. Instrukcja podobno była przy wejściu. Faktycznie miał rację, w środku były dywany i wszyscy śmigali w skarpetkach. Pytał czy chciałbym przenocować, ale wytłumaczyłem, że chciałem tylko zajrzeć. Szybko się wycofałem, było mi głupio przez te buty. Pożegnałem chłopaków i ruszyłem w drogę powrotną.

Dzisiejsza plan został zrealizowany. Skoro byłem w okolicy pojechałem przez Chmiel do Sękowca, żeby odwiedzić moje ulubione chillowe miejsce widokowe tuż przy rezerwacie Hulskie. Po drodze zatrzymałem się przy Sanie żeby odświeżyć się i pomoczyć zmęczone stopy. Coś cudownego 🙂

Tutaj zakończyłem ten piękny dzień.

Dzień 4: Kalnica – Smerek – Wetlina Stare Sioło / Dołżyca – Łopiennik – Dołżyca / Żubracze – Wołosań – Żubracze

Tego dnia miałem ciekawy plan. Trzy różne miejsca. Najpierw podjechałem kawałeczek w kierunku miejscowości Smerek, na parking skąd rozpoczyna się czerwony szlak na Smerek 🙂

Pierwszy fragment prowadzi głównie przez las. Po dwóch kilometrach dochodzi się do wiaty. Później pojawia się coraz więcej słonecznych polanek, aż po schodkowo-poręczowej wspinaczce wychodzimy na połoninkę.

Pogoda dopisywała. Zanim osiągnie się Smerek mija się kilka kamienistych usypisk.

Na koniec kawałek bardziej stromego podejścia, ale z jakże malowniczymi widokami.

Teraz ok 1km spacerkiem po połoninie do Przełęczy Orłowicza.

Weekend i piękna pogoda sprawił, że było trochę ludzi, ale bez przesady.

Teraz szybkie zejście szlakiem żółtym do Wetliny.

Na końcowym fragmencie spotkałem dwie dziewczyny które poiły motyla 🙂 Faktycznie motyli było w tym czasie sporo i były bardzo towarzyskie. Szlak kończy się przy asfalcie w Wetlinie, zaraz naprzeciw ławeczki z Majstrem Biedą.

Z tego miejsca miałem 4,5km do parkingu na którym zostawiłem samochód. Miałem niezłego farta, bo już po chwili zatrzymali się sympatyczni ludzie – para – którzy jechali do pensjonatu znajdującego się zaraz za parkingiem. Szybko przemieściłem się do Dołżycy. Czarny szlak na Łopiennik zaczyna się niezpozornie zaraz przed Hipisówką.

Trasa na Łopiennik jest mi już znana bo całkiem niedawno tam byłem, tylko wchodząc od Jabłonek. Tym razem zależało mi na jak najszybszym zdobyciu szczytu, więc wchodziłem najkrótszą drogą i wracałem tą samą trasą.

Na trasie jest trochę skalnych fragmentów, występów z których rozciąga się widok na gęstwinę. Jest dziko, pusto i pięknie.

Trasa na Łopiennik nie jest szczególnie atrakcyjna, po drodze nie ma żadnych punktów widokowych, więc raczej nie spotyka się tu ludzi. W międzyczasie obżeram się jagodami. W pewnym momencie wychodzi się z gęstwiny na szeroką trawiastą polanę, na końcu której stoi ławeczka, a obok tabliczka „Łopiennik”.

Nieopodal na wzniesieniu znajduje się wmurowana tabliczka z cytatem z „Pamiętnika” Zygmunta Kaczkowskiego wspominającego wizytę w tym miejscu z Wincentym Polem.

Szybko schodzę do samochodu i ruszam dalej na Żubracze.

Tutaj zaczyna się najciekawszy fragment tego dnia. Cel to Wołosań na którym nigdy jeszcze nie byłem. Dodatkowo najkrótsza trasa do szlak zielony z okolic Żubraczy, na pewno dużo mniej popularny niż czerwony z Cisnej.

Wejście na szlak znajduje się na końcu miejscowości, tuż za przejazdem kolejowym. Obok jest duży plac wyłożony płytami, prawdopodobnie służący do składu drewna. Teraz był pusty. Poszedłem placem aż do końca chociaż jak się później zorientowałem wejście oficjalne jest obok, okrążające plac.

Początek był bardzo ciekawy. Wszedłem na szlak, ale co chwilę musiałem się rozglądać za oznaczeniami, bo ciężko było zorientować się gdzie dalej iść. Jak się później okazało trasa została zmieniona i prowadziła prosto szeroką błotnistą drogą wyrytą zapewne dla ciężkiego sprzętu, a ja poszedłem starym szlakiem, dużo zresztą ciekawszym. Było dziko, błotniście, z przeszkodami i towarzyszącą mi niepewnością, czy idę właściwą drogą.

Po błotnistym fragmencie szlak przeszedł w leśne ścieżki. Wędrowało się przyjemnie, wokół soczysta, podeszczowa zieleń. Odczuwałem już jednak w nogach kilkudniowe wędrowanie. Kilometr przed Wołosaniem wdrapać się trzeba na Przysłup, który oznaczony jest małą karteczką na drzewie.

Zakrzaczona dżungla zmienia się w bukowy magiczny las.

W końcu dochodzi się do Skrzyżowania pod Wołosaniem. Zielony szlak łączy się z głównym czerwonym. Po 300 metrach ścieżką upstrzoną skalistymi fragmentami osiągnąłem ostatni punkt docelowy dzisiejszego dnia – Wołosań. Na drzewie obok wisi piękna drewniana kapliczka z bieszczadzkim aniołem.

W drodze powrotnej w ogromnych kałużach wypatrzyłem niejednego kumaka. Na błotnistej ścieżce widoczne były całkiem świeże ślady końskich kopyt.

Bieszczady ciągle osnute były pierzyną parujących lasów. Ciepło, mokro i rześko. Wróciłem do samochodu upajając się krajobrazem. Przejeżdżając przez Cisną, wstąpiłem do Siekiery na obiadokolacje.

Powrót do Kalnicy przy zachodzącym słońcu.

Dzień 5: Przełęcz Przysłup – Jasło – Rabia Skała – Wetlina Stare Sioło

Szlak zaczyna się w Przysłupiu, spod Karczmy Brzeziniak. Dalej jest też kilka innych lokali gastronomicznych. Zaparkowałem za torami kolejki przy Hodowli Pstrąga. Z tej strony na Jasło jeszcze nie wchodziłem. Towarzyszyło mi piękne słoneczko. Najpierw klasycznie spacer po okwieconych łąkach, później przecina się betonową choć leśną ścieżkę i wchodzimy do lasu.

Po wyjściu z lasu szlak wiedzie polanami w towarzystwie jagodowych dywanów. Oczywiście musiałem uszczknąć co nieco. Po chwili minąłem skupionego przy krzaczkach pana zbieracza, a kawałek dalej panią. Coś do niej zagadałem, a w odpowiedzi zaprezentowała mi szeroki uśmiech z fioletowymi, jagodowymi zębami. Powiedziała, że ludzie ciągle mówią, że więcej zjada niż zbiera :), ale zbieraczkę miała pełną. Pośmialiśmy się.

Bardzo przyjemny spacer.

Na Jaśle już byłem, ale szedłem od strony Cisnej i w marcowym otoczeniu. Na szczycie, nieopodal, znajduje się fajne miejsce z pięknym widokiem i ławeczką, idealne na krótką przerwę.

Dalej jest już znana mi trasa. Pojawia się strefa graniczna i Okrąglik z pięknym miejscem widokowym.

Po trzystu metrach minąłem rozwidlenie, które prowadzi przez Fereczatą do Smereka. Bardzo fajna trasa, ale tym razem moim celem była Rabia Skała. Nieopodal w trawie stało kilku gości przy terenowym samochodzie. Nie wiem jak się tutaj znaleźli. Ja poszedłem dalej szlakiem granicznym.

Głównym szczytem po drodze jest Płasza. Pod słowackim znakiem jest dobre miejsce na odpoczynek, usypane z kamieni.

Następnie mija się Sedlo pod Durkovcom, w którym jest odejście zielonego szlaku prowadzącego do słowackiej Runiny.

Jeszcze przed Rabią Skalą mija się fajne miejsce widokowe i Durkovec z ławeczką na odpoczynek. Spotkałem tutaj dwóch gawędzących sobie panów. Jeden zajadał sobie kanapki i wypytywał drugiego o różne życiowe akcje. Drugi był z tego co zrozumiałem Słowakiem, który zjeździł za pracą trochę świata. Posiedziałem z nimi chwilę i ruszyłem dalej, do Rabiej Skały zostało niedużo ponad kilometr.

Pod Rabią Skałą wszystkie ławeczki puste, nikogo tu nie zastałem. Cel osiągnięty. Pozostało wrócić do Wetliny. Trasa wiedzie w dół granicą Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przez Paprotną, z małym podejściem pod Jawornik, przy którym skręciłem na żółty szlak w kierunku Wetliny.

Ostatni kawałek trasy, fajny spacerek w dół, trochę przez las i wyjście na słoneczne łąki.

Do Przełęczy Przysłup, gdzie zostawiłem samochód, miałem ponad 8 km. Zacząłem łapać i stopa i szybko się powiodło. Podwiózł mnie pan jadący starym jeepem, posiadający dwa domki w Kalnicy, i przebywający tutaj okresowo. Jechał do Kalnicy ale zgodził się podrzucić mnie kawałek dalej. Zmiana obuwia dała sporą ulgę.

Skoro znajdowałem się tak blisko Karczmy Brzeziniak, to naturalne było, że wstąpię na szamanko. Nisko wiszące słońce urokliwie rozświetlało zewnętrzną salę na powietrzu. Ależ cudownie siedziało się zmęczonym, z najedzonym brzuszkiem i twarzą oświetloną słoneczkiem.

Zakończyłem dzień chilloutową wizytą w Bazie ludzi z mgły.

Dzień 6: Żubracze – Hyrlata – stryb – Nad Solinką – Żubracze

Dzisiejszy dzień zapowiadał się ciężko, przede wszystkim dlatego, że prognozowano deszcz i burzę. Czułem już zmęczenie całym tym maratonem, a trasa zaplanowana na dzisiaj nie była do końca pewna. Nie wiedziałem czy przejście ze szlaku granicznego na wysokości Solinki do leśnej drogi do Żubracz faktycznie istnieje, a jeśli istnieje, to czy nie jest to ścieżynka w chaszczach, która w warunkach burzowych oznaczałaby ciężką przeprawę.

Zaparkowałem w Żubraczych i ruszyłem na zielony szlak. Narazie pogoda była całkiem ładna, ale czuć było w powietrzu burze. Najpierw przechodzi się przez tory kolejki, później mostek nad Solinką, następnie szlak prowadzi leśną drogą, żeby po kilkuset metrach skręcić w las. Tutaj spotkałem przyczepioną do znaku informację o zamknięciu kawałka szlaku ze względu na wykonywane prace. Zgodnie z informacją należało pójść dalej drogą i skręcić dużo później robiąc pętelkę. Miałem dylemat. Z jednej strony było oficjalne info nadleśnictwa, więc powinno się podporządkować. Z drugiej miałem ograniczony czas, nie miałem pewności czy obejście jest dobrze oznaczone i czy nie będę się później gubił szukając powrotu na szlak. Niestety często takie komunikaty są nieprecyzyjne, zawierają przedział czasowy przeznaczony na prace, ale często zdarza się, że akurat w danym momencie nic się tam nie dzieje. Nie słyszałem odgłosów żadnych ciężkich maszyn ani pił w okolicy, więc zdecydowałem, że zaryzykuję i pójdę starym szlakiem.

Przez krótki czas trasa była wyryta ciężkim sprzętem, ale już po chwili zmieniła się w klasyczny leśną ścieżkę. Nadciągnęły chmury i deszcz. .

Rozszalała się burza z na prawdę solidnymi grzmotami. Przed samą Chyrlatą przechodzi się przez odsłoniętą polankę. Przemknąłem jak najszybciej do lasu, ukucnąłem i czekałem aż przestanie grzmieć.

Bieszczadzka ziemia co chwilę cię trzęsła, a ja w strugach deszczu zastanawiałem się, czy rozsądne jest kontynuowanie dalszej drogi. Miotałem się z myślami. To była ostatnia szansa, żeby zakończyć moje wyzwanie, ostatnie szczyty do zamknięcia Korony w tydzień. Nie mogłem zostać w Bieszczadach dłużej. Jakby tego było mało dostałem w tym momencie telefon z informacją o problemach w pracy, co oznaczało, ze jutro musiałem jak najszybciej wracać do domu. Burza ucichła i ruszyłem dalej. Minąłem niewiele niższą od Hyrlatej Rosochę i doszedłem do wiaty w znanych mi Roztokach Górnych

Stąd niecałe dwa kilometry szlak prowadził asfaltową drogą aż do Przełęczy nad Roztokami, gdzie wzdłuż granicy szlaki rozchodziły się w dwie strony.

Pozostał mi ostatni szczyt mojego planu – Stryb. Ciągle padał deszcz. Wdrapywałem się przez mokry, parujący bieszczadzki busz. Przemoczyłem buty, ale przestało grzmieć i było na prawdę pięknie, towarzyszyło mi poczucie triumfu, nie poddałem się na ostatniej prostej.

Ze względu na warunki pogodowe pod Strybem podjąłem decyzję, że nie pójdę zgodnie z planem dalej czerwonym szlakiem do Solinki, a wrócę na Przełęcz pod Roztokami i asfaltem przez Liszną do Majdanu. Cała trasa to prawie 8km. Próbowałem złapać stopa, niestety ruchu właściwie nie było, a jak już się ktoś pojawił to nie chciał mnie zabrać. Na ostatnim kawałku udało mi się podjechać z pewnym gościem mieszkającym nieopodal. Dodreptałem do Majdanu i na wysokości stacji Bieszczadzkiej kolejki znowu zacząłem łapać stopa do Żubraczy, żeby dostać się do samochodu.

Z Majdanu podwiózł mnie starszy pan jadący Seicento. Nachuchałem mu zziajany tak, że zaparowały szyby, ale udało nam się dotrzeć na miejsce 🙂

Ten wyczerpujący dzień zakończyłem jadłem w Bazie ludzi z mgły. To był pożegnalny posiłek. Do następnego.