Tak się złożyło, że moja siostra miała tydzień wolnego, a już jakiś czas wcześniej planowaliśmy wspólny wypad. Wcześniej się nie udało, więc teraz trzeba było wykorzystać okazję. Padło na Bieszczady:) Weronice zależało na wodzie, stąd wybraliśmy sąsiedztwo Zalewu Solińskiego, nocleg zarezerwowaliśmy w Polańczyku.

Na wyjazd mieliśmy do dyspozycji 4 dni, więc w praktyce na szwendanko było 2,5 dnia. Pierwszego planowaliśmy ruszyć na szlak, a drugiego na Sine Wiry. Gdzieś pomiędzy chcieliśmy też popływać po zalewie i w zalewie. Niestety prognozy pogodowe nie były optymistyczne. Wyruszyliśmy więc, przygotowani na najgorsze 🙂

Trzecim członkiem wyprawy był pies siostry – Bułka.

Nocleg zarezerwowaliśmy w „Marfikowym Polu” w Polańczyku – pokój z balkonem i widokiem na góry.

Wyszło na to, że nasz pokój nie był dokładnie tym pokojem, który wcześniej obejrzeliśmy na zdjęciach. Dostaliśmy również ładny pokoik, w którym niczego nie brakowało, ale jednak deczko mniejszy. Widok na góry faktycznie był, chociaż dosyć okrojony, balkon był od strony uliczki. Jak się okazało, nazwa „Marfikowe pole” pochodzi od ukochanego psa córki właścicielki, który wabi się Marfik 🙂 Dojechaliśmy bardzo późno, więc zdążyliśmy się tylko rozpakować.

dzien 1: Cisna – Okrąglik – Fereczata – Smerek

Na pierwsze szwendanko z siostrą chciałem wybrać trasę nie bardzo wymagającą i gwarantującą piękne widoki. Wybrałem znaną mi trasę, którą przeszedłem kilka lat temu, a więc czerwony szlak, z Cisnej przez Jasło, Okrąglik, Fereczatą do Smereka. Jest to szlak położony poza terenem Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przez co dostępny również dla czworonożnych wędrowców.

Samochód zostawiliśmy w Cisnej, na parkingu przed Siekierezadą. Bliżej szlaku już się nie dało.

Przeszliśmy przez tory, przez Solinkę, zanurkowaliśmy w lesie i zaraz później postanowiłem wyciąć sobie szwendankowy kijek. Podczas tej właśnie czynności, a właściwie na samym jej początku jako wytrawny nożomaniak, podczas wyciągania noża z pochwy rozciąłem sobie solidnie kciuk 🙂 Upłynęło trochę krwi, cięcie spokojnie nadawało się na szycie. Całe szczęście Weronika weterynarz miała przy sobie odpowiednie pomoce medyczne i pięknie opatrzyła mi ranę. No cóż, brawo Jasiu.

Podejście do Jasła przeszło z kilkoma spontanicznymi postojami, ale generalnie poszło całkiem nieźle. Pogoda również dopisywała. Okazało się, że formę mam całkiem niezłą, bo trzymałem tempo i mobilizowałem pozostałych.

Trochę wyżej, na polanach pojawiły się jagódki, zmuszając mnie do ciągłego przystawania w celach konsumpcyjnych.

Wraz z wychodzeniem z leśnych ścieżek zaczęły pojawiać się piękne widoki, kwieciste łąki i połoninki obsypane dziką zielenią, czyli to co najpiękniejsze w Bieszczadach. Na mnie duże wrażenie robią zawsze przejścia porośnięte wielkimi liśćmi szczawiu alpejskiego. Bywają na prawdę ogromne i kojarzą mi się z jakimś afrykańskim buszem (w którym nigdy nie byłem oczywiście).

Przy Okrągliku siedziała grupa harcerzy z wychowawcami, my też chwile odsapnęliśmy.

Podczas podejścia jeszcze przed Fereczatą zaczął siąpić deszczyk. Najpierw delikatnie, aż w końcu lunęło porządnie, ale przeczekaliśmy największą falę pod drzewami. Nie trwało to długo, wyszło słoneczko i po chwili byliśmy już w punkcie widokowym na Fereczatej. Zażyliśmy więc dłuższego czilowanka, polegającego na wylegiwaniu się na słońcu i upajaniu krajobrazem.

Stąd już tylko trasa w dół. Najpierw przez lasy, a na koniec pięknymi polanami przed Smerekiem.

Na koniec czekało nas tradycyjne łapanie stopa. Musieliśmy wrócić do Cisnej po samochód. Szybko znaleźli się dobrzy ludzie, w dwóch turach, akurat dwie panie. Jedna przeniosła się w Bieszczady spod Częstochowy, a druga była na wyjeździe z mamą(z Łodzi), która akurat tego dnia właśnie skręciła kostkę przez co zakończyły wędrówkę wizytą GOPRu. Jakby tego było mało opowiadała, że podczas trasy przez długi czas towarzyszył im lis, który pojawił się w pewnym momencie i podejrzanie nie chciał się odczepić drażniąc przy tym towarzyszące paniom czworonogi (miały pozwolenie na psy na terenie BPN, jako psy asystujące). GOPRowcy słysząc o lisie, nie byli zaskoczeni i powiedzieli, że był to pewnie Gienek 🙂 Przejrzałem później fejsbuki i faktycznie w kilku postach ludzie opisywali wizyty bezczelnych lisów, czających się na jedzenie lub wręcz podkradających wędrowcom kanapki. Takich Gienków było więcej. Niestety jest to najprawdopodobniej efekt bezmyślnego karmienia dzikich lisów przez ludzi, do czego szybko się przyzwyczaiły.

Wróciliśmy do Marfikowego pola. Kąpanko, zakupy, jedzonko i kimka 🙂

dzień 2: Sine wiry? – Kolejka nad Tamą – Zakapior

Według wszelakich prognoz od mniej więcej południa miało być deszczowo. Moi towarzysze podróży stwierdzili, że na zaplanowane Sine Wiry nie pójdą i żadne łażenie tego dnia nie wchodzi w grę.

Na same Sine Wiry nie poszliśmy, ale odwiedziliśmy strażnika wejścia na szlak, czyli Andrija Kirima i jego kramik. To było moje pierwsze spotkanie z nim na żywo. Tak się składało, że dotychczas omijałem te rewiry i szwendałem się głównie po szlakach na terenie BPN.

Zastanawiałem się zawsze czy czasem taki bieszczadzki zakapior celebryta nie ma zwyczajnie dosyć tych zagadujących ludzi oczekujących przejęcia inicjatywy, że ta rozmowa będzie jakaś wyjątkowa, fascynująca. Może czasem tak jest, ale Andrij Kirim sprawia wrażenie jakby był ciągle gotowy na jakiś kontakt, jakby to było jego życie. Na pewno też w dużej mierze jest profesjonalistą, po prostu z tego żyje. Chętnie odpowiada, opowiada o swoich rzeźbach, wystarczy podsunąć mu jakiś temat, zapytać o motyw z jego życia i zaczyna gadać. Na pewno zmotywowała go również chęć kupienia przeze mnie książki, w której jest jedną z opisywanych postaci. Konkretnie chodzi o „Zakapiorskie Bieszczady” Andrzeja Potockiego. Momentalnie wypisał mi dedykacje po czym przeszedł na stronę rozdziału o sobie i zaczął mi go czytać na głos, co jakiś czas dodając swój komentarz. Kiedy wspomniałem o tym, że przyjechałem z Podlasia, powiedział, że on natomiast kocha Polesie i od razu zaczął śpiewać piosenkę o tym regionie. Zakupiłem również jego autorską broszurkę, w której są teksty i fragmenty dokumentów dotyczących jego życiowych perturbacji, głównie z żoną i wszystkich konfliktów które były tego konsekwencjami. Historia jest mocno zagmatwana, do tego często zdania są skonstruowane w taki sposób, że nie ma to żadnego ładu i składu. W trakcie lektury ciągle są momenty w których czytelnik zastanawia się czy to nie jest wszystko zmyślone, bądź nie jest po prostu tworem jakiegoś chorego umysłu. Na pewno jednak jest niesamowita, z licznymi zwrotami akcji. Nasz zakapior zapowiada, że wyda jeszcze bardzo ważną książkę, bo ma dużo do powiedzenia, ale najpierw musi odbyć podróż na Syberię – gdzie doszukuje się swoich korzeni – bo inaczej już by stamtąd nie wrócił, czy też nie wpuściliby go z powrotem, dokładnie nie zrozumiałem. Jest to niesamowicie barwna postać, a przede wszystkim bardzo sympatyczna. Warto do niego wpaść, zamienić słowo i oczywiście kupić jedno z dzieł. Biesy, czady i dusiołki, które schodzą najlepiej nie są może dziełami sztuki, klepane raczej na ilość, ale na pewno są wyjątkowe, zwłaszcza, że często robione na poczekaniu, od ręki.

Po wizycie u Kirima pojechaliśmy coś zjeść. Padło na „Gospodę pod monastyrem” w Terce. Zanim dotarliśmy zaczęło już porządnie lać. Bardzo przyjemne miejsce, pyszny pstrąg, a przede wszystkim miła obsługa. Usiąść można w środku, albo w dużej zadaszonej wiacie na powietrzu. Restauracja znajduje się zaraz za mostem na Solince. Dobre towarzystwo, pstrąg na talerzu i szumiący orzeźwiający deszczyk – idealna sceneria.

Jak przestało padać wybraliśmy się nad rzekę. Pod mostem jest mnóstwo kamieni, jest płytko, trzeba tyko uważać żeby się nie poślizgnąć. Na środku nurtu są też większe głazy, na których można przysiąść, pomoczyć stópki w rześkiej wodzie i podumać nad sensem życia 🙂 Tak właśnie zrobiliśmy.

Po sjeście pojechaliśmy na cypel w Polańczyku. Wyczytaliśmy, że w Eko Marinie można wypożyczyć elektryczną motorówkę. Niestety znowu zaczęło porządnie lać. Chyba dogoniliśmy znowu tą samą chmurę z którą mieliśmy do czynienia w Terce. W deszczowej aurze wpadliśmy na lemoniadę i lody i wróciliśmy do Marfikowego Pola.

Było pochmurno z przelotnym deszczem i tak już dzisiaj miało zostać. Na koniec dnia zostawiłem sobie przejażdżkę kolejką linową nad Zalewem Solińskim. Zdążyłem na ostatnie kursy. Za 50 zł jedziemy w obie strony, na wzgórze pod Jaworem i spowrotem. Zanim wsiądzie się do kolejki, można zapoznać się z tematyką tamy przechodząc przez instalacje z informacjami i wizualizacjami. Oszklone wózki jeżdżą cały czas, przytrzymując się na stacjach tak, żeby można było bezpiecznie wskoczyć lub wyskoczyć. Widoki są cudowne, jest sporo czasu, żeby rozejrzeć się na wszystkie strony. Sama tama z lotu ptaka, choć niewielka w porównaniu z całym zalewem też robi wrażenie. Na szczycie jest jeszcze wieża widokowa, za wejście na którą niestety dodatkowo się płaci. Okazało się, że przybyłem za późno i kasy były nieczynne. Pod samą wieżą widok również był przepiękny. Warto było się tu wybrać.

Na zakończenie dnia wpadliśmy jeszcze całą ekipą do Zakapiora na pyszne zakapiorskie jedzonko.

Przed snem obejrzeliśmy jeszcze kilka odcinków „Drwale i inne opowieści Bieszczadu” 🙂 żeby wprowadzić się klimat.

Dzień 3: Śliwa – sękowiec – Zalew Soliński

Nastał dzień wyjazdu, ale mieliśmy jeszcze trochę czasu. Na śniadanko na powietrzu wybraliśmy się pod Rezerwat Hulskie za Sękowcem, na moje ulubione chilloutowe miejsce. Przejeżdżając przez Chmiel, zajechaliśmy na Celestynkę do „Sklepu i DekoSztuki”. Tak się złożyło, że akurat teraz przy ławie pod sklepem sączył piwko sam Śliwa 🙂 Co za spotkanie 🙂 Podsiedliśmy się do niego i zagadaliśmy. Śliwa był bardzo chętny do rozmowy, sprawiał wrażenie, że wręcz cieszył się z towarzystwa. Na chwilę przysiadł się do nas jeszcze jakiś jego lokalny kumpel. Gość gadatliwy, więc rozkręcił nam rozmowę. Śliwa mieszka kilkadziesiąt metrów dalej i powiedział, że wpada sobie czasem na browarka. Ma się dobrze, choć mieszka sam. Z takim gościem chętnie spędziłoby się cały dzień, ale nas gonił już czas. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy.

Śliwa polecał nam jeszcze zajrzeć do muzeum w Sękowcu, ale nie mieliśmy już czasu. Od razu pojechaliśmy pod Rezerwat Hulskie na punkt widokowy.

Po śniadanku ruszyliśmy nad Zalew Soliński, żeby się wykąpać. Po drodze, zatrzymaliśmy się na chwilę przy skrzyżowaniu w Dwerniku, żeby rozeznać dalszą trasę. Jest tam mały kiosk, przy którym zaraz za nami zatrzymał się inny samochód. Jak się okazało pasażerami byli znowu bohaterzy serialu „Drwale i inne opowieści Bieszczadu”. Akurat dzień wcześniej oglądaliśmy pierwsze odcinki w których występowali. Chłopak, młody drwal z rozpłaszczonym nosem wysiadł na chwilę, żeby oddać komuś z kiosku wkrętarkę 🙂 W samochodzie siedziała też jego mama, która również występowała w serialu, opowiadając jak robi chłopakom pierogi żeby mieli siłę do roboty na zrywce.

Po drodze przejeżdżając przez Polanę szukaliśmy baraku w którym mieszkał już świętej pamięci Pan Hoss. Zmarł akurat bardzo niedawno. Niestety nie udało nam się go zlokalizować. Na plażę pojechaliśmy na cypel w okolicach Polańczyka.

Ostatnim punktem przed wyjazdem stał się Zakapiorek.

Bieszczadzki wypad dobiegł więc końca. Powroty z takich miejsc są najtrudniejsze.