Plan na 3 kolejne dni był taki:
Nie byłem jeszcze na Bukowym Berdzie i na Szerokim Wierchu, więc trzeba było koniecznie to nadrobić. Na ostatni dzień, przed wyjazdem, tak na lajcie postanowiłem w końcu przejść bieszczadzki worek.
Wypadałoby wyruszyć z Mucznego, niestety noclegów w Mucznem nie było, albo były za drogie. Najtaniej znalazłem pokój w Dwerniczku – domek nazywa się Sopatka i kosztował 305zł / 3 noce.

Na miejsce przyjechałem późno, ok 21:30. Pani właścicielka – starsza, sympatyczna pani – jeszcze nie spała. Pokazała mi pokój, wyglądało na to, że byłem jedynym lokatorem w ten weekend. Bardzo dużo miejsc jeszcze nie rozpoczęło sezonu, jak się dowiedziałem głownie ze względu na wysoki koszt ogrzewania. W moim pokoju grzejnik był gorący, ale czuć było, że pokój nie był długi czas ogrzewany. Widocznie został odpalony przed samym moim przyjazdem.

dzien 1: Muczne – Bukowe berdo – magura stuposiańska – dwernik
Pogoda o poranku zgodnie z prognozami była zachęcająca do szwendania. Za oknem widok na połoninę z zaśnieżonym szczytem. Ostatecznie plan miałem taki, żeby dzisiaj podjechać sobie do Mucznego, tam zostawić samochód i niebieskim szlakiem dojść przez Pszczeliny do Dwernika i dalej dotrzeć drogą do Sopatki na nocleg. Następnego dnia natomiast chciałem wyruszyć z Dwerniczka pieszo, złapać stopa do Ustrzyk Górnym, po czym stamtąd ruszyć na Szeroki Wierch, przez Bukowe Berdo i zejść w Mucznem.
Po zjeździe z Wielkiej Pętli na drogę do Mucznego pojawia się więcej śniegu i robi się zimowo. Na serpentynowych zakrętach trzeba było uważać, bo były oblodzone. Pani właścicielka domku poleciła mi żebym zaparkował samochód pod kościołem w Mucznem ponieważ na pewno jest za friko. Tak też zrobiłem.
Przy wejściu na szlak jakaś dziewczyna sprawdzała bilety przypominając przy okazji o wyłączeniu przesyłu danych w telefonie. Chwile pogadaliśmy i ruszyłem dalej. Po kilkudziesięciu metrach zatrzymałem się żeby założyć raki i stuptupy. Podejście do niebieskiego szlaku trwa jakieś 1,5h. Nie jest szczególnie wymagające, idzie się przez las całkiem przyjemnie.

W końcu, kiedy drzew było co raz mniej zaczęło silniej wiać. Trzeba było założyć kurtkę, ale w zamian pojawiła się przestrzeń i piękne krajobrazy.
Po dojściu do pasma Bukowego Berda, skręciłem w prawo, niebieskim szlakiem w kierunku Pszczelin. Tutaj prawie nie było widać śladów na śniegu, to szlak dużo mniej popularny. Właściwie tylko muska się Bukowe Berdo, kawałeczek idzię się połoniną – tutaj przez chwilę zagubiłem się nie mogąc zlokalizować szlaku, a następnie mijając wiatę idzie się przyjemnym zejściem przez las.
Jak tylko wszedłem na połoninę i zaczął wiać wiatr w telefonie błyskawicznie zaczęła rozładowywać się bateria. Podłączyłem powerbanka żeby ją reanimować.
Pod wiatą na ławie leżała pozostawiona przez kogoś mata do siedzenia. Nie wziąłem ze sobą swojej, więc znalezisko bardzo się przydało.

Na szczęście udało się podładować do połowy telefon, dzięki temu mogłem robić zdjęcia. Po drodze na szlaku spotkałem małą myszę 🙂 Też szła szlakiem po śladach, ale w przeciwnym kierunku. Chyba trochę ją zaskoczyłem bo skuliła się tak, że mało nie zapadła się pod ziemię:)
W pewnym momencie ze szlaku przechodząc przez strumyk wchodzi się na leśną drogę. Fajne urozmaicenie trasy. Droga natomiast była rozjeżdżona przez drwali i pełna wody i błocka. Trzeba było solidnie pokombinować, żeby nie skończyć po kolana w błocie. Piłowanie słyszałem gdzieś w oddali.
Następnie przechodzi się przez mostek na Wołosatym.
Po asfalcie trzeba przejść ok 100m i przed jakimś gospodarstwem jest niepozorny drogowskaz na niebieski szlak na Magurę Stuposiańską.
Początek jest ciekawy – mnóstwo krzaków i chaszczy. Ktoś tu zaczął robić porządki więc jest pełno leżących pościnanych gałęzi. Wzdłuż szlaku płynie strumyk. Przez zwalone gałęzie porobiły się tamy i trzeba pokombinować, żeby przejść w miarę suchą stopą.
Później zaczyna się podejście, znowu jest trochę śniegu. Przysiadłem sobie na mały postój i zjedzenie kanapek. Niedaleko zerwał się wystraszony duży jeleń, ale szybko zniknął mi z oczu.
Niestety wyszło na to, że popełniłem niewybaczalny błąd. Mianowicie wziąłem ze sobą nieodpowiednie buty. Niby były waterproof, ale raczej na kałuże i błota, a nie śniegowe zaspy. Nie wiem dlaczego, ostatnio byłem w nich na szlakach i jakoś wkręciłem sobie, że są ok. W końcu wiedziałem, że na szczytach jest śnieg i trzeba się z tym liczyć. No cóż. Mniej więcej na tym etapie miałem już buty zupełnie przemoczone i mokre stopy. Teraz już nic z tym zrobić nie mogłem.
Zaczęło się skromne podejście. Szlak na tyle mało uczęszczany, że nie było przede mną żadnych śladów.
Przed samą Magurą Stuposiańską jest fragment trasy z mniejszą ilością drzew i pięknym widokiem na zaśnieżone szczyty. Tutaj przysiadłem sobie, żeby odsapnąć, złapać trochę słońca i napawać się krajobrazem.
Później jeszcze kawałek zaśnieżonego zejścia. Na śniegu nie było żadnych śladów człowieka, tylko zwierzaki, kopytne, lisy, a może też wilki, bo było kilka wydeptanych tras w bliskiej odległości od siebie, ślady większe niż lisie.
Na koniec było już solidne bieszczadzkie błotko. W sumie było mi wszystko jedno, bo buty miałem przemoknięte do suchej nitki.
Szlak kończył się w Dwerniku, zaraz przed kościołem. Stąd miałem 5,5 km pieszo asfaltową drogą do Dwerniczka. Liczyłem na to, że ktoś mnie ten kawałek podrzuci jednak nikt nie chciał się zatrzymać. Jechali głownie robotnicy, kilka samochodów na ukraińskich numerach. Całkiem przyjemna trasa na spacerek, w Zatwarnicy mostkiem przez San i dalej wzdłuż rzeki. Dobrze mi znane okolice.
Do domku dotarłem solidnie styrany, marzyłem o łóżku. Zdążyłem tylko postawić buty na kaloryferze i odpłynąłem.
dzień 2: Ustrzyki Górne – szeroki wierch – Muczne
Tym razem musiałem przygotować się na przemoczenie butów, więc skarpetki owinąłem foliowymi workami. Nic innego nie wymyśliłem. Wczoraj miałem dłuższą trasę – 22 km, dzisiaj 15,5 więc miałem nadzieję, że może nie zdążą się zamoczyć.
Musiałem dostać się do Ustrzyk Dolnych i stamtąd ruszyć na Muczne. Liczyłem, że dzisiaj będzie łatwiej o podwózkę. Tym razem się nie zawiodłem, chwile w marszu towarzyszył mi jakiś lokalny pies i zaraz zatrzymała się jakaś parka., chyba oplem.

Bardzo sympatyczni ludzie. Też jechali do Ustrzyk, tylko na szlak w przeciwną stronę, na Połoninę Caryńską. Przyjechali ze Stalowej Woli. Podjechaliśmy pod sklep, oni też mieli nadzieję na zakupy, ale była niehandlowa niedziele, więc pocałowaliśmy klamkę
Z Ustrzyk jakiś kilometr idzie się asfaltem, aż do parkingu. Początek trasy był trochę błotnisty, a później zrobiło się znowu biało.
Tutaj, na samym początku wypatrzyłem w śniegu niedźwiedziowe ślady. Przeszedł przez ścieżkę i poszedł do lasu.
Do Szerokiego Wierchu jest prawie 6km. Idzie się długo, ale podejście jest łagodne. Po drodze mija się wiatę, później kawałek przez bukowy las i w końcu pojawia się otwarta przestrzeń.
Warunki były super, buty ciągle miałem suche. Wszędzie śniegowa czapa, przymarźnięta mimo słońca, dzięki czemu nie wpadało się w zaspy.
Strasznie wiało, od czasu do czasu szukałem jakiegoś miejsca zakrytego od wiatru i korzystałem z mojej znalezionej maty. Mógłbym tak siedzieć i patrzeć godzinami.
Przy Tarnicy pojawiło się więcej ludzi, w czapie lśniącego śniegu wyglądała przepięknie.
Wchodząc na Bukowe Berdo udało mi się zrobić ostatnie zdjęcie. Niestety padł mi telefon definitywnie.
Bardzo wielu ludzi wymienia pasmo Bukowego Berda jako najpiękniejszą bieszczadzką trasę. Na pewno to jedna z piękniejszych. Długo idzie się szczytem, z delikatnymi podejściami, jest też sporo skalistych fragmentów. Trasa urozmaicona do tego ciągle chce się zatrzymywać, żeby napawać się widokiem.
Samochód pod kościółkiem w Mucznem czekał na mnie grzecznie cały i zdrowy. Jak wróciłem do Sopatki czułem się zmęczony i jakby trochę coś mnie łapało. Szukałem miejsca na porządne jedzonko. Nie było wielkiego wyboru, większość restauracji była jeszcze przed sezonem. Ostatecznie wylądowałem w Cisnej w „Łemkowynie” zaraz obok zamkniętej ciągle Siekierezady gdzie solidnie obżarłem się pierogami.
dzień 3: wodospad szepit – Łopienka
Obudziłem się we w miarę dobrej formie, ale czułem się osłabiony, tak, jakby coś mnie łamało. Odkryłem, że zapomniałem postawić mokrych butów na kaloryfer, ale jak się okazało nie miało to większego znaczenia, bo grzanie było wyłączone. Widocznie pani właścicielka uznała, że przy plusowych temperaturach ogrzewanie nie jest konieczne. W nocy porządnie opatuliłem się w pościel i koc, więc nie wydaje mi się, żebym zmarzł. Mimo wszystko czułem się dziwnie. Gdybym miał suche buty to zgodnie z planem poszedł bym na bieszczadzki worek, ale w tej sytuacji musiałem odpuścić miejsca prawdopodobnie zaśnieżone.
Wychodząc, pogadaliśmy sobie z właścicielką. Opowiedziała mi trochę swojego życia i generalnie zapraszała w przyszłości na nocleg. Bardzo sympatyczna kobieta. Przy okazji poleciła mi do odwiedzenia Wodospad Szepit, kawałek za Zatwarnicą, sama była tam niedawno i bardzo jej się podobało. Uznałem, że to w sumie dobry pomysł, zwłaszcza, że chciałem tradycyjnie odwiedzić punkt widokowy pod Rezerwatem Hulskie, który jest bardzo blisko.
Droga do Zatwarnicy to właściwie ślepa uliczka. W pewnym momencie kończy się asfalt i dalej są tylko szlaki. Trzeba dojechać na samiutki koniec, na którym wita nas znak zakaz wjazdu i 'Uwaga niedźwiedzie’. Zaparkowałem obok i dalej poszedłem pieszo.
Po krótkim spacerku mijając ekipę pracującą przy zrywce dotarłem do wodospadu. Dalej prowadziła jeszcze ścieżka przyrodnicza, ale w planie miałem tylko wodospad. Bardzo przyjemne miejsce. Nad sam wodospad można zejść solidnymi schodkami. Na końcu stoi też ławeczka na której można sobie przysiąść.
Przyjemnie było trochę sobie tutaj posiedzieć, zwłaszcza, że byłem zupełnie sam. Całą ławeczkę miałem dla siebie 🙂