Tak się złożyło, że pojawiłem się we Wrocławiu, w związku ze spotkaniem po latach „Gupy Hallerskiej”. Mieliśmy do dyspozycji niecałe dwa dni i okazało się, że wszyscy chętnie spędziliby ten czas na szwendanku. Idealnie, bo z Wrocławia do wielu punktów z listy Korony Gór Polski jest niedaleko lub stosunkowo niedaleko. Na pierwszy dzień zdecydowaliśmy się na Góry Sowie i Wielką Sowę (1015 m n.p.m.).

Dzień 1: Wielka Sowa

Całość – 14,5 km.

Zaparkowaliśmy na błotnistym leśnym parkingu na Przełęczy Walimskiej, w sąsiedztwie ruin schroniska turystycznego. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem, aż do „Rozdroża między Sowami”, czyli punktem na żółtym szlaku łączącym Małą i Wielką Sowę. Małą musieliśmy zostawić na kiedy indziej. Poprzedniego dnia padało, szlak był miejscami błotnisty, ale bez przesady. Na szczycie przywitała nas otulona mgłą biała wieża, u podnóża której stoi drewniana rzeźna muflona. Za wieżą jest jeszcze mała murowana kapliczka. Wokół spory teren z ławami pod daszkiem, ławami bez daszka oraz miejscem na ognisko. Jak można zobaczyć na starszych zdjęciach z tego miejsca, dawniej zamiast muflona były drewniane sowy i sama sowa.

Po wejściu do wieży napotykamy małą gablotkę ze zdjęciami z różnych okresów oraz tablicę ku pamięci Tadeusza Żurawka – IV strażnika Kamiennej Wierzy i poety. Na szczycie, jak można się było spodziewać czekało nas tylko białe mleko, zero widoczności.

Zaczęliśmy schodzenie szlakiem zielonym i czerwonym i po 2 km dotarliśmy do Schroniska Sowa, w którym z powodu remontu było tylko małe stoisko z pamiątkami.

Po kilometrze dalszego schodzenia szlakiem czerwonym dotarliśmy do kolejnego schroniska – Orzeł, na szczęście czynnego. Roztaczał się tu piękny widok na okolicę. Zatrzymaliśmy się na posiłek.

Schodząc dalej wyszliśmy na drogę asfaltową na Przełęczy Sokoła. Mieliśmy w planie zwiedzenie Sztolni Walimskich. Stąd mieliśmy 2,5 km cały czas asfaltem w stronę Walimia. Była możliwość dotarcia do sztolni szlakami, ale droga się wtedy wydłużała, a musieliśmy zdążyć przed zamknięciem zwiedzania.

Sztolnie Walimskie obejmują jeden z szeregu podziemnych kompleksów budowanych w rejonie Gór Sowich przez III Rzeszę od 1943 r. Załapaliśmy się na ostatnią grupę zwiedzających.

Po zwiedzaniu sztolni ruszyliśmy asfaltową drogą do samego Wolimia, skąd skręciliśmy na zielony szlak w stronę naszego parkingu. Cały fragment to 27 km. Udało nam się przegapić skręt, a kiedy kawałek dalej zorientowaliśmy się w sytuacji zrobiliśmy zwrot na przełaj wdrapując się na dosyć stromą skarpę. W ten sposób udało się wrócić na szlak, którego ostatni fragment prowadzi asfaltową drogą.

Dzień 2: Ślęża

Jeszcze poprzedniego wieczora przegadaliśmy kwestię planu na następny dzień. Okazało się, że wszyscy mają ochotę na kolejne szwendanko. Mieliśmy trochę mniej czasu, bo dzisiaj wszyscy wracali do swoich domów. Najbliżej Wrocławia był znajdujący się na liście KGP Masyw Ślęży i tam postanowiliśmy uderzyć.

Trasa przyjemna, w większości bez przewyższeń, spacerek po lesie z podejściem na końcu. Wędrówka w grupie ma to do siebie, że większość czasu spędza się na pogawędkach i trochę mniej zwraca się uwagę na otoczenie i rozkminki.

Na szczycie jest duża trawiasta polana, przy niej z jednej strony stoi schronisko i jakieś budynki z wysokim masztem radiowym obok, a z drugiej świątynia ze stromymi schodami. Pięknie tu jest. Minusem, który trochę utrudniał zachwyty nad tym miejscem był zimy mocny wiatr smagający spocone podczas podejścia plecy. W sąsiedztwie świątyni stoi „Ślężański Niedźwiedź” czyli starożytna kultowa rzeźba. Na niebieskim szlaku, którym również schodziliśmy znajduje się jeszcze jedna rzeźba z tej serii. Rzeźba niedźwiedzia jest datowana na ok. 200 r. p.n.e., przeniesiona na szczyt Ślęży z okolicznych Strzegomian.

Świątynia ma dosyć surowy wystrój, weszliśmy na górę na wieżę widokową. Widok jest przepiękny. Ślęża jest rodzynkiem, wzniesieniem otoczonym równinami: Równina Wrocławska od północy i Równina Świdnicka od południa.

W podziemnym pomieszczeniu widać ruiny piastowskiego zamku, na którym wzniesiona została świątynia. Bardzo ciekawe miejsce, z bogatą historią. Osobiście mój odbiór zakłócały liczne kiczowate rekwizyty, typu plastikowe posągi rycerzy, wywieszone tarcze, wyglądające jak z odpustowego bazaru. Kłóciło się to z historyczną powagą tego miejsca i sprawiało wrażenie amatorszczyzny.

Na chwilkę wstąpiliśmy do schroniska.

Schodząc spotkaliśmy wspomnianą wcześniej kamienną „Postać z rybą” zamkniętą w klatce z siatki.

Mniej więcej w połowie drogi przy wiacie odbiliśmy w lewo szlakiem żółtym. Na tym fragmencie jest jeszcze delikatne podejście na Wieżycę, przy której stoi piękna kamienna wieża widokowa – aktualnie zamknięta.

Tak zakończyło się hallerskie szwendanko. Wyszliśmy przy Domu Turysty Pod Wieżycą, a kawałek dalej na parkingu na „Przełęczy pod Wieżycą” czekały na nas samochody gotowe do powrotu.