Jakiś czas temu przeglądając facebook’a natknąłem się na zdjęcie człowieka z obandażowanymi rękami i podpisem: Beck Weathers po powrocie z Everestu. Zainteresowałem się tematem i okazało się, że Weathers faktycznie przeżył wyprawę z 1996 roku, w wyniku odmrożeń stracił jednak obydwie dłonie i konieczna była rekonstrukcja twarzy. W ten sposób dowiedziałem się o wyprawie Roba Halla z 1996 roku, o której informacje gdzieś oczywiście kiedyś obiły mi się o uszy przy okazji premiery filmu Everest, ale nigdy go nie obejrzałem.

Tym razem złapałem haczyk. Najpierw przeczytałem książkę uczestnika wyprawy, dziennikarza Johna Krakauera i obejrzałem film powstały na jej podstawie. Później okazało się, że wyszła też książka uczestnika konkurencyjnej wyprawy Anatolija Bukriejewa, który przez Krakauera był krytykowany za swoją postawę podczas feralnego ataku na najwyższą górę świata. Bukriejew zginął zresztą pod koniec 1997 roku podczas wejścia na Annapurnę, niedługo po napisaniu książki.
Nie będę przytaczał całego przebiegu wyprawy jak i licznych kontrowersji, które pojawiły się podczas burzliwych analiz całego zajścia. Jest to fascynująca historia i polecam wszystkim zapoznanie się ze wszystkimi źródłami.
Zafascynowałem się zimowymi podejściami i zapragnąłem poczuć choć odrobinę tego klimatu. Skoro miało to być wyzwanie, od razu przyszły mi na myśl Rysy. Mieliśmy już kwiecień, warunki w Tatrach Wysokich były ciągle zimowe, ale nie ekstremalne. Miałem tatrzańskie doświadczenie sprzed wielu lat, kiedy w studenckich czasach wchodziłem na Świnicę, więc strome, ołańcuchowane szlaki były mi znane, choć było to bardzo dawno. Jeśli chodzi o zimowe warunki, to miałem z nimi do czynienia w Bieszczadach. Jednak wejście na Rysy to połączeniem obydwu tych elementów. Większość poradników odradza wejście na Rysy w zimie bez większego doświadczenia. Jednak tego pomysłu nie mogłem już się pozbyć z głowy. Musiałem spróbować.
Dotychczas byłem zwolennikiem Bieszczad (i nadal nim jestem) uważając, że to są idealne góry dla mnie. Piękne, malownicze, dzikie i niewysokie. Odkryłem jednak chęć poszukania czegoś poza Bieszczadami. Chęć zwalczenia lęków, walki z górą i samym sobą w trudnych warunkach, wymagających opanowania, dyscypliny i wcześniejszego odpowiedniego przygotowania. Wspinaczki, która nie wybacza błędów i zmusza do perfekcji.
W uniesieniu zapisałem się też do Klubu Zdobywców Korony Gór Polski i wyszło tak, że pierwszym moim szczytem z listy 28-iu do zdobycia, będą Rysy, czyli najtrudniejszy z nich.
Nie wyruszyłem sam, towarzyszył mi kuzyn Mati. Razem mieliśmy przejść 7,7km z Palenicy Białczańskiej pod Morskie Oko i rozdzielić się podczas podejścia pod Czarny Staw.
Do Brzegów, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w Villi Kucówka dojechaliśmy ok 21. Dostaliśmy bardzo przyjemny pokoik z łazienką i balkonem. Pojawił się dylemat. Pierwotnie chciałem wyruszyć wcześnie rano, czyli ok, 5 rano. Dzisiaj nie udało mi się porządnie wyspać, a że trzeba było jeszcze wykąpać się i spakować plecak na jutro, wyspanie się i naładowanie baterii do 5 rano było nierealne. Zastanawialiśmy się, czy nie przełożyć wyjścia na Rysy na piątek, żeby wyruszyć w dobrej formie, jednak prognoza pogody była nieubłagana – cały dzień deszczowy i chłodniejszy. Ostatecznie stanęło na tym, że ruszamy jutro, tylko później, ok godz. 8, w zależności od tego w jakiej formie się obudzimy.
Dzień 1: atak na Rysy

Spaliśmy mniej więcej regulaminowe 8h, więc forma była odpowiednia. W Palenicy Białczańskiej jest ostatni duży parking na drodze do Morskiego Oka. Kupiliśmy bilety w kasie i o godz 8 minęliśmy szlabany. Dosłownie po przejściu kilkuset metrów spotkaliśmy pasące się przy drodze i wcinające mlecze łanie. Zupełnie nic sobie nie robiły z naszej obecności.
Trasa na Morskie Oko to asfaltowa droga, którą przejeżdżają jedynie autobusy i konne bryczki. Tego dnia było dosyć pusto. To jeszcze nie jest typowy sezon. Po drodze minęła nas jedna bryczka i autobus, od czasu do czasu spotykaliśmy nielicznych piechurów. Po niecałych 3 kilometrach doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, woda spada ze skał i przepływa pod mostkiem. Za zakrętem jest duży teren odpoczynkowy z drewnianymi ławami, z tego miejsca odchodzi zielony szlak w Dolinę Roztoki.
Asfaltowa trasa zawija kilkoma serpentynami, można też skorzystać z przejść ścinających zakręty z barierką i kamiennymi schodkami. Z lewej strony rozpościera się Dolina Rybiego Potoku a z przodu w oddali ośnieżone szczyty. Ok 1,5 km od Morskiego Oka minęlismy Polanę Włosienica gdzie znajduję się pętla dla dorożek i pojazdów, zaraz później po prawej stornie Pawilon Gastronomiczny PTTK. Jest gdzie usiąść, jest jedzonko, piwo, lody, toaleta, wszystko co potrzeba. Okres jeszcze przedsezonowy, więc zamknięte.
Na ostatnim zakręcie mija się odejście w prawo niebieskiego szlaku do Doliny Pięciu Stawów, później po lewej pojawia się stare schronisko, dalej odejście żółtego szlaku do Szpiglasowej Przełęczy i widać już nowe schronisko. Właściwie widać rusztowania, bo akurat trwały prace remontowe, na szczęście tylko z zewnątrz.
Morskie Oko ze wspomnień wydawało mi się większe. Oczywiście jest piękne, lustrzane odbicia szczytów wyglądają magicznie. Całe szczęście ludzi było bardzo mało. Patrzyłem ciągle na trasę na Rysy i wypatrywałem tam ludzi, ale nie było nikogo widać. Ośnieżone szczyty robiły wrażenie, napełniały pokorą. W głowie coraz częściej pojawiały się myśli, że mogę nie podołać.
W schronisku na blacie przy ladzie stała pieczątka, którą podjarany przybiłem w swojej książeczce KGP. Zamówiliśmy coś do przekąszenia i kawkę na rozruch. W środku jest duża sala i sala zewnętrzna, w formie oszklonej werandy, z widokiem na jezioro. Na zewnątrz ławy. Wydawało się, że miejsca jest sporo, ale miałem w pamięci filmiki z majowego weekendu które pojawiały się w sieci, z tabunami ludzi. Dowiedziałem się, że książka wejść znajduje się w skrzynce przy starym schronisku. Dokonałem wpisu, skorzystałem z toalety i ruszyliśmy brzegiem Morskiego Oka w stronę wejścia na Czarny Staw.
Wstąpiła we mnie nowa energia i nie mogłem się już doczekać wspinania, chociaż gdzieś z tyłu głowy ciągle czaiła się niepewność.
Drogę wzdłuż brzegu Morskiego Oka pokonaliśmy w ok. pół godziny. To przyjemna trasa, w większość po kamiennej ścieżce. Po drodze widoki zapierają dech. Schronisko się oddala i robi coraz mniejsze.
Przed wejściem na Czarny Staw rozdzieliliśmy się. Musiałem przyspieszyć i iść swoim tempem. Nie wiedziałem jak sprawnie pójdzie mi na górze, a właśnie dochodziła jedenasta.
Nad Czarnym Stawem była garstka ludzi. Wypatrywałem kogoś po drugiej stronie jeziora, wracały jakieś dwie osoby.
Szlak pod Rysy prowadzi lewym brzegiem Czarnego Stawu. Jest mniejszy od Morskiego Oka, ale głębszy. Czysta i przejrzysta woda przy brzegu, im dalej przechodzi w mroczny zielonkawo-czarny kolor. Od strony Rysów zalegało trochę śniegu. Na mniej więcej połowie powierzchni pływała lodowa kra. W zimie woda zamarza i można przejść środkiem po lodzie – głębokość 76,4 m.
Zaczęło się wchodzenie. Przeszedłem kilka zaśnieżonych kawałków, tutaj minąłem też jednego człowieka, który schodził z góry. Nie mijaliśmy się bezpośrednio, machnęliśmy do siebie z oddali. On schodził czerwonym szlakiem, ja jak się później okazało szedłem poza szlakiem, kierując się instynktownie na „zimową drogę”.
Zaczynała się strefa iście śniegowa, więc zatrzymałem się, żeby się przygotować. Tutaj zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem ze sobą stuptupów. Zostawiłem je w pensjonacie. Trudno, najważniejsze, że miałem raki. To był pierwszy raz kiedy ich używałem, miałem trochę stresa czy będę sobie z nimi radził. W tym jeszcze początkowym fragmencie minąłem się ze schodzącą w dół parą młodych ludzi. Pierwsza szła dziewczyna, zapytałem ją jak tam warunki na górze. Odpowiedziała, że stromo i dużo śniegu, dlatego też w pewnym momencie zdecydowali, że zawracają. Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem, miałem nadzieje na coś bardziej zachęcającego. Tutaj było jeszcze trochę skałek, ale kawałek dalej zaczął się głęboki śnieg. Szedłem środkiem czyli rysą, bo tutaj znalazłem w miarę świeże ślady, z których mogłem korzystać.

Było sporo śniegu i bardzo odczuwalne było duże nachylenie. Trzeba było solidnie się pochylać, żeby nie stracić równowagi. Śnieg był mokry i śliski. Początkowo byłem przerażony warunkami i obawiałem się, czy dam radę, ale z czasem co raz lepiej szło mi wykorzystywanie raków. Bez nich wspinaczka byłaby po prostu niemożliwa. Przy takim nachyleniu, przed wszystkim trzeba korzystać z przednich zębów i wbijać się w śnieg palcami. Od przodu asekurowałem się czekanem.
To była bardzo męcząca wspinaczka. Ciężko było odpocząć, bo stojąc nogi były mocno obciążone walką z grawitacją, usiąść właściwie też nie było jak, bo śnieg był bardzo mokry i od razu przemoczyłbym spodnie. W końcu, gdzieś za Bulą pod Rysami mogłem przysiąść na wystających ponad śnieg skałach. W oddali ktoś schodził z góry, ale daleko ode mnie, trzymając się szlaku. Pomachaliśmy do siebie. Daleko w dole widziałem też kilka osób które wchodziły, ale po jakimś czasie zniknęły, więc chyba zrezygnowały w trakcie.
Widok z tyłu zapierał dech w piersiach – śnieżne zbocze, a w dole Czarny Staw i Morskie Oko. Mozolnie piąłem się w górę. Kilka kroków i przerwa na złapanie oddechu, tak w kółko. Widziałem na mapie że jestem w pewnej odległości od szlaku. Zastanawiałem się czy powinienem kierować się już na szlak, czy do końca iść rysą. Poszedłem za śladami, w stronę szlaku i łańcuchów. Zaczęły się skałki z łańcuchami, całość przysypana śniegiem. Ciężko było w pełni korzystać z łańcuchów ponieważ były mokre i błyskawicznie przemakały mi rękawice. Trzeba było porządnie się skupić, podejście było bardzo wymagające, przede wszystkim ze względu na śnieg, raz był płytki i śliski, raz głęboki, albo skrywał pod spodem mokrą skałę. Nie można było pozwolić sobie na żadne ryzykowne szarże. Stawiałem kroki pomalutku, dopiero gdy miałem pewność, że nie będzie żadnej niespodzianki.
W pewnym momencie usłyszałem głosy. Z góry schodziło dwóch chłopaków. Zatrzymali się na chwilę, żeby mnie przepuścić. Zamieniliśmy kilka słów. Prawdopodobnie to właśnie po ich śladach pokonywałem ośnieżoną rysę.
Zrobiło się mgliście, wszystko co poniżej zniknęło. Pojawiły się też silniejsze podmuchy wiatru, więc założyłem kurtkę, Pomalutku posuwałem się do przodu. W pewnym momencie szlak ostro skręca w prawo gdzie znajduje się wąska przełęcz.
Po przejściu na drugą stronę przełęczy zostaje dosłownie 50m do szczytu. Na górze nie było nikogo. Dostałem jakiś zastrzyk energii, niby było zimno i wiało, ale zupełnie tego nie odczuwałem. Delektowałem się tą chwilą. Jeszcze niedawno patrząc na szczyt z dołu poważnie zastanawiałem się czy dam radę, czy nie przesadziłem z tym wyzwaniem. Udało się. Z Polskiego wierzchołka kawałek dalej widać wierzchołek słowacki, 2m wyższy. Zakładałem, że przy okazji też się tam wybiorę. Podszedłem kawałek, ale nie było widać żadnych śladów, wszystko zawiane głębokim śniegiem. Zdecydowałem, że odłożę słowacki wierzchołem na następny raz. Później przypomniałem sobie, że słowackie szlaki do końca maja są zamknięte.
Rozpocząłem schodzenie. Była godz 15. Wchodząc byłem tak podjarany, że właściwie nie za bardzo rozglądałem się dookoła, byłem skupiony na małym fragmencie, który akurat pokonywałem. Teraz schodząc zauważyłem, że podczas tych ostatnich 50m do przełęczy jest spora ekspozycja. Co prawda niżej wszystko spowite było we mgle, ale czuło się ogromną przestrzeń o krok od szlaku.
Przekroczyłem przełęcz i zacząłem zejście granią z łańcuchami. Wchodziło się tutaj bardzo ciężko, ale schodzenie to zupełnie inny poziom. Przede wszystkim ze względu na duże stromizny trzeba schodzić tyłem, co znacznie utrudnia cały proces. Przy każdym kroku musiałem dokładnie rozejrzeć się dookoła, poszukać starych śladów i mega ostrożnie wybierać miejsce do podpory. Znowu coś nowego w moim wspinaczkowym doświadczeniu i trzeba przyznać, że dawało dużo radości. Każdy nieprzemyślany krok mógł skończyć się tragicznie. Przede wszystkim trzeba powstrzymać się od pośpiechu. Pomalutku, spokojnie i dokładnie. Nie ma miejsca na brawurę.
Kiedy skończyły się skałki wszedłem w głęboki śnieg. Tutaj nadal nie dało się schodzić przodem, dalej dreptałem tyłem, skrupulatnie wyszukując kolejne miejsce na postawienie stopy. Skończyła się mgła i można było znowu podziwiać piękne widoki. W okolicach Buli pod Rysami, ekipa z którą wymijałem się przed szczytem zrobiła sobie postój. Na skalnej wysepce, na której też zatrzymywałem się wchodząc. Kiedy ja rakiem mozolnie schodziłem, pojawiła się inna ekipa dwóch chłopaków którzy pięli się w górę. Obserwowałem ich już od pewnego czasu. Kiedy byliśmy na tej samej wysokości przytrzymaliśmy się na pogawędkę. Chłopaki byli w kryzysowym momencie, w połowie tego wyczerpującego brnięcia w głębokim śniegu. Jeszcze mieli spory kawałek przed sobą. Od jednego z nich usłyszałem: „Jeśli będzie leciał helikopter to po mnie”. 🙂 Było już późno na wchodzenie, ale to ich nie zatrzymywało. Życzyłem im powodzenia i ruszyliśmy, każdy w swoją stronę.
Teraz schodząc trzymałem się bliżej szlaku. Śnieg był bardziej ubity i dało się schodzić przodem, a właściwie zjeżdżać na butach. Trzeba było jednak zachować czujność, bo w kilku miejscach noga nagle wpadła mi w głęboką szczelinę. Mogło się to skończyć poważną kontuzją, ale udało mi się szybko ogarnąć. Chłopaki skończyli odpoczynek i zaczęli schodzić. Jeden pomału, a drugi też zaczął zjeżdżać i po chwili był już obok mnie. Dobrze mu szło, minął mnie i popędził dalej. Na wysokości Długiego Piargu, gość zaczął dawać znaki, że trzeba iść bardziej w prawo. Szedł pierwszy, poczekałem chwilę czy na pewno da się tamtędy przedrzeć i ruszyłem za nim. Spotkaliśmy się niżej, już na czerwonym szlaku. Okazało się, że na zimowej trasie, w rysie topniejący śnieg stworzył lodową ślizgawkę. W rakach pewnie byłaby do przejścia, ale dobrze, że udało się zrobić obejście. Po wejściu na szlak pozbyliśmy się raków i poczekaliśmy aż pojawił się drugi z chłopaków. Chwilę podzieliliśmy się wrażeniami i postanowiłem kontynuować zejście. Okazało się, że też to było ich pierwsze wejście na Rysy.
Poniżej pasły się trzy kozice. Jedna stała dosłownie na szlaku. Byłem już bardzo blisko, kiedy po otaksowaniu mnie wzrokiem postanowiła odejść kawałek dalej, aby spokojnie kontynuować skubanie trawki. Bardzo miłe spotkanie na koniec tej mordęgi.
Nie miałem świadomości że szlak jest w tym miejscu, wchodząc ominąłem go kierując się od razu na rysę. Emocje już opadły, teraz czekało mnie już tylko radosne zejście. Ostatni śnieg to jęzor w Żlebie Orłowskiego, bez problemu do przejścia bez raków, ok 10-15m. Jeszcze tylko ostatni dzisiaj rzut okiem na Morskie Oko znad Czarnego Stawu.
Teraz mogłem sobie spokojnie lecieć i podziwiać otoczenie. Tu jest przepięknie, zwłaszcza, że poza kilkoma osobami podczas zejścia z Czarnego Stawu, dalej nie było dosłownie nikogo. Tylko ja i przejrzyste wody Morskiego Oka obok.
Był jeszcze śmieszny moment, kiedy schodząc z czarnego Stawu przede mną szło dwóch gości, starszy i młodszy, a na trasie siedział na kamieniu młody chłopaczek w czapce z daszkiem. Zagadał do młodszego ze schodzącej dwójki (po angielsku), pytał czy wyżej są niedźwiedzie, bo on spotkał jednego wcześniej zaraz obok szlaku przy Morskim Oku. Zapytał też jak się zachować przy takim spotkaniu, a w odpowiedzi dostał radę, żeby uciekać w dół. 🙂 Jest to oczywiście główna rzecz jakiej robić nie można :). Chłopak też był zdziwiony argumentując słusznie, że niedźwiedź jest chyba szybszy od niego. Sama relacja o spotkaniu też była dosyć wątpliwa, na tym przecież bardzo uczęszczanym szlaku.
W schronisku udało mi się jeszcze załapać na coś do picia, chociaż teoretycznie kuchnia była już zamknięta. Uzupełniłem płyny i dumnie wpisałem powrót do Księgi wyjść.
Na parkingu czekał już na mnie Mati, więc pomaszerowałem czym prędzej w dół. Tym razem skorzystałem ze skrótów przez serpentyny. Po drodze minąłem kilka wracających ludzi. Stopa złapać się nie udało, bo poza samochodem TPN przejechał w tym czasie tylko jeden pojazd.
Dzień 2: Szwendanko po deszczowym Zakopanem
Dzisiejszy dzień zgodnie z prognozami od początku zaczął się deszczowo. Nie udało nam się znaleźć czasu, żeby popykać w bilard, który był na wyposażeniu pensjonatu, nie skorzystaliśmy też z wielkiej kuchni. Trudno, może innym razem. Zaplanowaliśmy, że pojedziemy gdzieś na śniadanko i pojedziemy do Zakopanego poszwendać się po Krupówkach.
Mati znalazł świetne miejsce na śniadanko, tuż przed Zakopanem – Cyrhla Bistro – slow food. Fajne, stylowe miejsce, trochę w innym klimacie. Gdybyśmy zwalili się tam z plecakami i zabłoconymi butami to byłoby dziwnie. Śniadanko było jednak przepyszne, trafiliśmy na szwedzki stół i solidnie się najedliśmy. Restauracja mieści się na przeszklonym patio. Fajnie było obserwować siąpiący deszcz siedząc w ciepełku, przy pełnym talerzu. Zaraz przy wejściu do restauracji znajduję się kącik do czilowania z kanapami i szafą pełną książek. Skorzystaliśmy z okazji, żeby spokojnie przetrawić dopiero zjedzone śniadanko.
Podczas jazdy w kierunku Zakopanego tradycji stało się zadość i byliśmy świadkami przejścia przez drogę stada owiec z pasterzami.
Najpierw przeszliśmy się Krupówkami od dołu do góry. Rozejrzeliśmy się dookoła, kupiliśmy łoscypki, zjedliśmy grillowany serek i zwiedziliśmy sklepy z suwenirami. Przez cały właściwie czas trochę mżyło. Nieopodal Krupówek znajduje się piękny budynek Muzeum Tatrzańskiego, do którego wstąpiliśmy. Obejrzeliśmy wystawę stałą, a w cenie była też wystawa czasowa dotycząca Augusta Zamoyskiego i jego twórczości. Ciekawe, nowoczesne muzeum, sporo wiadomości o Zakopanem, żyjących tu ludziach, a także florze i faunie.
Uznaliśmy, że trzeba zjeść obiadek. Na mapce, którą wzięliśmy z pensjonatu wśród wielu reklam była też Restauracja Zamoyskich jako jedna z najstarszych w Zakopanem. Postanowiliśmy tam pojechać. Okazało się że restauracja znajduje się w Kuźnicach, na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego, więc musieliśmy porzucić samochód na najbliższym parkingu i udać się dalej pieszo. Bardzo fajny spacer pomimo siąpiącego deszczu. Asfaltowa alejka wśród drzew, po drodze ciekawy pomnik ofiar hitlerowskich, po drugiej stronie bacówka i kulturowy wypas owiec. Akurat żadnych owiec niestety nie było widać. Dalej jest park z całym kompleksem dworsko-parkowym, w którym znajduje się siedziba Dyrekcji TPN. Na końcu stacja kolejki na Kasprowy Wierch, akurat ze względu na prace przeglądowe tego dnia nieczynna. Na sporym placu w sąsiedztwie kolejki znaleźliśmy Pomnik Przewodników Tatrzańskich, a obok w miejscu fundamentów dawnego dworu fotowystawę z informacjami o zakopiańskiej historii i mieszkańcach.
Poszukiwana restauracja znajduje się w budynku Zajazdu Górskiego Kuźnice. Spodziewaliśmy się starodawnego wystroju a w środku klimat był raczej stołówkowy. Wciągnąłem pierogi, a Mati kwaśnice. Zjedliśmy i podreptaliśmy w drogę powrotną na parking.
Pojechaliśmy do naszego kolejnego pensjonatu w pobliżu Turbacza, którego zdobycie mieliśmy w planie na jutro. „Dom na turystycznej” w Pyzówce, ok. 10km od Nowego Targu. Poza właścicielką byliśmy sami, prawdopodobnie ze względu na pogodę. Dostaliśmy przyjemny pokój na piętrze, z widokiem na góry, których akurat dzisiaj nie było widać :). Co ciekawe, również tutaj do użytku mieszkańców była sala z bilardem i piłkarzykami. Konkretnie to była wiata na zewnątrz, w formie namiotu z przeźroczystymi fioliowymi ścianami. Obiecaliśmy sobie, że tym razem musimy skorzystać.
Pojechaliśmy poszwendać się po Nowym Targu. Odwiedziliśmy rynek z ciekawą „Rzeźbą dialogu” przedstawiającą dwie przytulne owce, a właściwie owce i kozła. Na ryneczku jest też ławeczka z czytającą góralką Hanką i figura św. Jana Kantego. Wpadliśmy do kościoła św. Katarzyny i znaleźliśmy też bardzo klimatyczny pub Plama.
Zrobiliśmy też spacerek wzdłuż Dunajca aż do miejsca gdzie łączy się on z Białym Dunajcem.
Dzień 3: Turbacz

Pojechaliśmy do najdalej wysuniętego parkingu na trasie. Ze względu na małą ilość wędrowców udało się zaparkować za friko, nie wjeżdżając na teren parkingu strzeżonego.
Od strony Nowego targu, bezpośrednio na Turbacz wiodą dwa szlaki, żółty i czerwony o zbliżonej długości ok, 8 km, 3 h drogi. Mieliśmy na to cały dzień, więc nie musieliśmy się spieszyć. Wybraliśmy szlak zielony i dla urozmaicenia powrót żółtym. Po wczorajszym deszczu szlak był mokry i błotnisty. Na rozległej słonecznej polanie zatrzymaliśmy się przy pomniku ku czci św. Maksymiliana Kolbe. W oddali widoczne było lustro Jeziora Czorsztyńskiego na Dunajcu. Pomnik stworzony został przez Stefana Mrugałę jednego z tutejszych legendarnych powojennych szwendaczy. Jego historia po krótce została opisana na tablicach przy pomniku. Ten miłośnik Gorców budował na tym terenie kapliczki, bacówkę, a także brał udział w budowie Kapliczki Matki Bożej Królowej Gorców, która stoi na trasie przy żółtym szlaku.
Od czasu do czasu po szlaku przejeżdżał jakiś terenowy samochód, a dwa razy trafiliśmy też na motocyklistów. Początkowo byłem tym faktem oburzony, ale jak się później okazało ze spotykanych po drodze tablic, tereny wokół Turbacza są terenami prywatnymi udostępnianymi przez właścicieli turystom. Stąd też pojazdy dojeżdżające do licznych w okolicy szlaku domków.
Zrobiliśmy sobie postój przy ławie nieopodal jednej z chatek, jak mówi mapa położonej na Polanie Sralówki. Siedząc przed naszymi oczami rozpościerał się piękny widok na okolicę.
Następnie minęliśmy piękną Halę Bukowina Waksmundzka, z rozsianymi gdzieniegdzie domkami i punktem widokowym. Na jej końcu znajduję się skrzyżowanie ze szlakiem niebieskim.
Kolejny punkt to miejsce połączenia zielonego i żółtego szlaku. Pojawiało się co raz więcej wędrowców.
Około pół kilometra od skrzyżowania przy szlaku znajduje się krzyż i kamień pamiątkowy poświęcony pamięci żołnierzy Konfederacji Tatrzańskiej i innych oddziałów walczących z Niemcami, a później komunistami. Między innymi wymieniony jest oddział kontrowersyjnej postaci Józefa Kurasia „Ognia”. Ładny pomnik, brzozowy krzyż z zawieszoną wojskową rogatywką, niestety po bliższym zbadaniu okazało się, że całość zrobiona jest z tworzywa.
Stąd już tylko kawałek do okazałego Schroniska PTTK Turbacz. Wszyscy zmierzali do środka ponieważ właśnie zaczął padać deszcz.
Przeczekaliśmy deszczyk i żeby nie stać teraz w kolejce po szame, najpierw ruszyliśmy na Turbacz. Ze schroniska to raptem 500 m. Temu ostatniemu kawałkowi towarzyszy ciekawy klimat, drzewa wokół z każdym krokiem się przerzedzają i coraz więcej jest poszarpanych, połamanych kikutów. Na szczycie znajduje się kamienny monument z tablicą, obok kilka ławeczek. Dzięki nielicznym całym drzewom można podziwiać piękny krajobraz wokół.
Wróciliśmy do schroniska na zasłużony posiłek. Znaleźliśmy miejsce w zatłoczonej sali na górze, kolejki już prawie nie było. Panował przyjemny, schroniskowy klimat, wokół zmęczeni, przemoczeni, ale szczęśliwi ludzie, a wśród nich my pałaszujący schabowego.
Szczyt zdobyty, wyszło słoneczko, ruszyliśmy w drogę powrotną. Na skrzyżowaniu odbiliśmy w prawo na żółty szlak. Po pięciuset metrach trafiliśmy na wspomnianą wcześniej kapliczkę. Została zbudowana przez lokalnych górskich zapaleńców z okazji wybrania papieża Polaka, w miejscu dawnej kapliczki Matki Boskiej Partyzanckiej Leśnej. Bardzo fajne miejsce na wyciszenie. W środku w konfesjonale siedział kapłan w oczekiwaniu na zbłąkane owieczki. W środku jest bardzo mało miejsca, ale na zewnątrz postawione sporo długich ławek i zadaszony ołtarz polowy.
Bardzo przyjemna, lekka trasa w dół, z jednym delikatnym podejściem w okolicy Miejskiego Wierchu.
W końcu pojawił się asfalt i zabudowania. Kawałek przed kościołem łączyły się początki zielonego i żółtego szlaku.
Musieliśmy doczłapać się jeszcze zielonym szlakiem do parkingu, ok. 1,4 km asfaltem i chodnikiem. Po drodze minęliśmy placówkę GOPRu Podhale.
Wróciliśmy do Pyzówki, a z naszego pokoju z widokiem na góry faktycznie można było podziwiać ośnieżone szczyty na horyzoncie. Padliśmy na ryje, potrzebowaliśmy prysznica i drzemki na regenerację.
Wieczorkiem na pyszne burgery trafiliśmy do WINNER beef House w Nowym Targu. Ostatecznie zabawiliśmy w jedynym nowotarskim klubie „Adhd”, akurat trafiliśmy na imprezę jubileuszową tutejszego DJ’a.
Dzień 4: Powrót
Wyjechaliśmy ok. godz. 12 w kierunku Białki Tatrzańskiej w poszukiwaniu jakiejś fajnej restauracji z widokiem na Tatry. Była niedziela, o tej porze niewiele było otwartych miejsc, w końcu znaleźliśmy odpowiedni lokal aż w Olszówce, za Bukowiną Tatrzańską. Podjedliśmy, zapiliśmy kawką i w ten piękny sposób pożegnaliśmy się z Tatrami. Do następnego.
