Przyjechaliśmy na miejsce we środę późnym wieczorem. Padło na „Domek na drzewie” w Buku. To jedno z nielicznych już dostępnych w owym czasie noclegów, w fajnej lokalizacji i normalnej cenie. W sobotę i niedzielę koncerty SDM’u, poza tym słoneczny sierpień, stąd spore obłożenie. Do soboty mieliśmy w sumie pełne 3 dni na szwendanko 🙂

Dzień 1: Sine wiry

Sam Buk to dosłownie kilka chatek. „Domek na drzewie” znajduje się na wzniesieniu, dysponuje chyba w sumie 3 pokojami na piętrze z wspólną kuchnią. Gospodarzem jest starsza pani, bardzo sympatyczna i pomocna. Przy domku jest spore podwórko, z ławą i stołem na szamanko pod chmurką. Z tyłu jest też zadaszone miejsce w przypadku gorszej pogody. Pani gospodarz towarzyszy też bardzo przyjazdy duży labrador Kila i kot o nieznanym imieniu 🙂 lecz równie przyjazny. W ofercie są też śniadania z lokalnych wyrobów, z których również skorzystaliśmy.

Na pierwszy dzień zaatakowaliśmy Sine Wiry. Trasa kultowa, a do tego mało wymagająca, idealna na rozgrzewkę. Zaparkowaliśmy na drodze do Łopienki, parking był zawalony. Minęliśmy Andrija i jego dusiołki i ruszyliśmy wąską szutrówką w górę. Było trochę ludzi, ale bez nieprzyjemnego tłoku. Trasa jest znana i lubiana pewnie głównie za sprawą najsławniejszych leśników RP – Kazimierza Nóżki i Marcina Sceliny.

Po krótkim marszu pojawia się pierwszy widok na kamienistą Wetlinę i zejście na dół. Akurat zeszło tu sporo ludzi, a miejsca mało więc długo tu się nie zatrzymywaliśmy.

Po kolejnym kilometrze Wetlina robi małą pętelkę. Można zejść z głównej trasy i wejść na zakrzaczony półwysep. Warto to zrobić, bo miejsce jest wyjątkowe. Najlepiej zrobić kółko towarzysząc rzece, my niestety przegapiliśmy pierwsze zejście i weszliśmy od drugiego końca. W głębi półwyspu znajduje się zejście drewnianymi schodkami niżej, a następnie skarpą poprzeplataną skałami i pokrytą siatką korzeni można zejść aż nad samą wodę. Piękne miejsce, idealne na chwilę przerwy. Chyba większość ludzi omija to zejście, bo większość czasu nie było nikogo poza nami. Na samym końcu, na skarpie przy rzece stoi też drewniana ława. Dzika przyroda, szumiąca rzeka i herbatka z termosu.

Po przejściu kolejnego kilometra wchodzimy na teren dawnej wsi Zawój. W tym miejscu jest duża wiata z paleniskiem. Wetlina nie jest stąd widoczna bo znowu robi pętelkę. Zgodnie ze znakiem można skręcić i pójść w głąb, w stronę rzeki, do dolnego końca dawnej wsi.

Ruszyliśmy wskazanym szlakiem. Trasa zrobiła się bardziej dzika, schodzi się w dół wąską ścieżką przez chaszcze. W pewnym momencie weszliśmy na wielką polanę porośniętą jak się później okazało Rudbekią nagą – jaskrawo żółtymi, wysokimi spokojnie do dwóch metrów kwiatami. Przejście ścieżką przez taką polanę to niesamowite wrażenie, wręcz bajkowe. Na końcu trasy, przy rzece znajduje się duża solidna wiata, z profesjonalnym miejscem na ognisko. Trafiliśmy idealnie bo właśnie zaczął siąpić deszczyk.

Kiedy tam byliśmy na mapie w mapach turystycznych pokazana była ścieżka robiąca pętelkę wzdłuż rzeki. Kiedy piszę tą relację już tej ścieżki nie ma. Koniecznie chcieliśmy ją przejść, niestety nie uszliśmy daleko. W pewnym momencie krzaczory były tak wielkie, że ścieżka była zupełnie niewidoczna. Do tego przez padający wcześniej deszczyk, przedzierając się przez krzaki, zmoczyliśmy spodnie i buty. Nie chcąc przemoknąć doszczętnie, niechętnie, ale zdecydowaliśmy, że wracamy do wiaty. Obiecałem sobie, że koniecznie trzeba tu wrócić. Super miejsce, dzikie i odludne. No i to przedzieranie się przez krzaczory 🙂 plus dywany, a właściwie lasy Rudbeki – wyjątkowe miejsce. Nie spodziewałem się takich klimatycznych zakątków po tej trasie.

Wróciliśmy na główny szlak, ruszyliśmy dalej i już po chwili napotykamy kolejny znak który znowu nas z niego ściąga. Wskazuje miejsce dawnej cerkwi i cmentarza. Nie ma informacji o odległości, ale jak się okazało, miejsce jest w odległości ok. 100m. Znowu taka niespodziewana perełka. Dawna cerkiew była usytuowana na wzniesieniu. Aktualnie został tam umieszczony krzyż tablica informacyjna i symboliczna brama (nie wiem czy pochodzi z oryginalnej świątyni). Magiczne miejsce skłaniające do refleksji.

Po powrocie z cerkiewnego wzórza jeszcze przez jakiś czas idzie się szutrówką pośród pieknych krajobrazów. Kwiaty były wyjątkowo żółte, a zieleń soczyście zielona, całość wyglądała oszałamiająco.

Dalsza trasa nadal obfitowała w piękne widoki. Szutrowa ścieżka przeszła w asfaltową, a wokół obfitość roślinności. Bujne łąki, mokradła, lasy. Po drodze mija się most na Wetlince. Warto na niego wejść i popodziwiać nurt opływający wyspę na rzece. Od zawojskiej cerkwi wędrowaliśmy sami, tylko my i Bieszczady :), tutaj pojawili się już przedstawiciele homo sapiens na rowerach. Asfaltowa ścieżka nadaje się do jazdy idealnie.

Minęliśmy kolejną dawną wieś – Ług. Nieopodal drogi znajduje się miejsce, w którym kiedyś stała cerkiew. Kawałek dalej zeszliśmy do brodu na rzece, żeby odświeżyć zmęczone stopy. W oddali po drugiej stronie widać Schronisko Jaworzec.

Mijając pierwsze zabudowania Kalnicy, nieopodal przy drodze spotkaliśmy zmęczonego śpiącego traktorzystę 🙂

Na samym początku wsi, niedaleko Wielkiej Pętli mija się jeszcze sklep spożywczy, ochoczo wstąpiliśmy.

Sprawnie złapaliśmy stopa i dotarliśmy do krzyżówki w Dołżycy. Tutaj kolejne łapanie i w końcu wróiciliśmy do naszej bazy – Domku na drzewie 🙂

Czasu mieliśmy jeszcze sporo i postanowiliśmy wybrać się gdzieś na pstrąga. Najbardziej polecany bieszczadzki pstrąg to „Złoty pstąg” w Wołkowyji. Często widziałem ten przybytek z drogi, ale nigdy jeszcze nie byłem w środku. Restauracja znajduje się na wzniesieniu, siadając na zewnątrz można upawać się przepięknym widokiem na zaczynający się tutaj Zalew Soliński. Miła obsługa, pstrąg pyszny 🙂

Wieczorem szukaliśmy jakichś wydarzeń w okolicy na które można by się wybrać i okazało się, że w barze Hipisówka (do którego wielokrotnie już zamierzałem się wybrać) odbywa się EEF (Etno Electro Folk) Festiwal. Miał odbywać się w plenerze i inaczej, ale ostatecznie został przeniesiony do Hipisówki. Weszliśmy zaciekawieni, pani na wejściu skasowała po 50zł. Pierwsze wrażenie było bardzo dziwne. w pomieszczeniu z artystami była kupa ludzi i właściwie zaraz po wejściu nie można było się nigdzie ruszyć. Za to sama muzyka była bardzo fajna. Klimat natomiast mocno kanapowy, ludzie zasłuchani i zamyśleni, w najlepszym razie kiwający głowami. Artyści się zmieniali, pokręciliśmy się, w przerwie zwiedziliśmy zakamarki hipisówki, posiedzieliśmy trochę i czmychnęliśmy do Buka, bo jutro planowaliśmy ruszyć w bardziej wymagającą trasę.

dZIEŃ 2: kALNICA – sCHRONISKO jAWORZEC – pRZEŁĘCZ oRŁOWICZA – wETLINA

Wczoraj obserwując schronisko Jaworzec z oddali uznaliśmy, że dzisiaj pójdziemy znowu z Kalnicy właśnie przez Jaworzec na Wetlińską do Przełęczy Orłowicza. Na miejscu pomyślimy czy idziemy dalej Wetlińską w stronę Chatki Puchatka czy zejdziemy do Wetliny.

Dzień rozpoczęliśmy od śniadanka przygotowanego przez Panią gospodarz. Była jajeczniczka, sery, ogóreczek, pomidorek i pyszne wędlinki własnej roboty. Wszystko to skonsumowane na świeżym powietrzu, w promieniach bieszczadzkiego słoneczka.

Podjechaliśmy do Kalnicy, w znane nam z wczoraj rewiry. Zostawiliśmy samochód na poboczu i ruszyliśmy. Pogoda była idealna. Najpierw trochę asfaltem, później skręt, przejście mostem przez Wetlinę i dalej szutrem w stronę schroniska. Można było skręcić w prawo i podejść bezpośrednio do Jaworca (nie zdecydowaliśmy się bo jakoś niepewnie wyglądał ten szlak i nie wiedzieliśmy gdzie wyjdziemy), my poszliśmy dalej i łukiem podeszliśmy od północy.

Przy schronisku sennie kręciło się trochę ludzi, na polanie stało kilka namiotów. Zakupiliśmy kilka butelek jałowcowego wywaru zaserwowanego przez samego gospodarza i odsapnęliśmy przy ławie. Pierwszy raz odwiedzałem to miejsce, a kojarzyłem je głównie z ciekawie prowadzonego profilu na fejsie. Zapoznaliśmy się z ulotkami o organizowanych wydarzeniach i trzeba przyznać, że dużo się tu dzieje i widać, że właściciel ma pomysły i pozytywną bieszczadzką energię.

Kierując się w stronę szlaku napawaliśmy się widokiem na cudowny krajobraz otoczonego soczystą zielenią schroniska.

Szlak zaczyna się od razu nurkowaniem w gąszcz. Niedawno musiał tędy przejeżdżać jakiś ciężki sprzęt bo na szlaku były głębokie koleiny i dużo błocka. Miejscami ciężko było przejść bez utopienia butów. Dotychczas nie spotkaliśmy na szlaku nikogo, aż wreszcie minęliśmy parę starszych ludzi, którzy oburzeni rozjechaną ścieżką i zwałami błota, zawrócili z trasy. Faktycznie trasa była wymagająca, ale już kawałek dalej koleiny się kończyły i błoto też zaczęło pojawiać się tylko sporadycznie.

Minęliśmy skrzyżowanie z zielonym szlakiem odchodzącym w stronę Terki. Dalej jest jeszcze wiata i pomału zaczyna się wyłanianie z zarośli i nieśmiało pojawiają się krajobrazy.

Jakieś 1,5 kilometra aż do Przełęczy Orłowicza to już połoniny obsypane jagodami. Po drodze mija się jeszcze zejście żółtego szlaku do Zatwarnicy.

Na Przęłęczy Orłowicza było już sporo ludzi, zdecydowanie weszliśmy mniej popularnym szlakiem. Cały czas towarzyszyła nam piękna, słoneczna pogoda. W oddali, poza szlakiem widać było dwie osoby zbierające jagody zbieraczkami, co oczywiście na terenie Parku jest zabronione. Spoczęliśmy na uboczu i zrobiliśmy dłuższą przerwę. Chyba nawet przysnąłem na pół godzinki. Podjęliśmy decyzję, że nie idziemy dalej do Chatki Puchatka tylko schodzimy żółtym szlakiem do Wetliny.

Schodziło się szybko bo to dosyć stroma trasa. Pod koniec kawałek szlaku jest wyłoży deskami.

Zaraz po wyjściu z lasu pojawiają się piękne widoki. Towarzyszyło nam przyjemne, intensywne, popołudniowe słońce. Bardzo przyjemny spacerek.

Zanim zaczęliśmy łapać stopa, odwiedziliśmy jeszcze Majstra Biedę siedzącego na swojej ławeczce na przeciwko wejścia na szlak. Pomnik powstał całkiem niedawno. Myślę, że lokalizacja zaraz przy asfaltowej drodze, w najbardziej ruchliwej części Wetliny to nie jest najlepszy pomysł, ale może dzięki temu będzie więcej odwiedzających, a Nadopcie to i tak wszystko jedno:)

Na koniec odwiedziliśmy jeszcze Cisną i Siekierezade.

dzień 3: Jezioro Solińskie – SDM

Rozpoczęliśmy oczywiście pysznym śniadankiem.

Ten dzień postanowiliśmy spędzić na wodzie. Chcieliśmy wynająć elektryczną motorówkę. W Eco-Marinie na polańczykowym cyplu okazało się, że wszystkie elektryki są zajęte i trzeba długo poczekać. Odwiedziliśmy małą marinkę obok i okazało się, że tutaj są wolne łódki od ręki.

Obejrzeliśmy zaporę od strony wody i skręciliśmy na południe. Przybiliśmy na chwilę do Wyspy Małej. Przywitał nas strażnik pobierający opłaty za parkowanie. Okazało się jednak, że na wyspie nie ma właściwie niczego do oglądania, poza dwoma posągami – dinozaura i człowieka z dzidą 🙂 Strażnik pozwolił mi wyskoczyć na chwilę, żeby pstryknąć fotkę i szybko popłynęliśmy dalej.

Jezioro jest ogromne, żeby opłynąć je porządnie potrzebny byłby chyba tydzień. Z wyspy ruszyliśmy na wschód, opłynęliśmy półwysep Rewita Soliny i zawitaliśmy do ichniego baru na frytasy i lody 🙂 Dalej popłynęliśmy jeszcze na wschód żeby tylko zajrzeć za cypel. Czas zmuszał nas do powrotu. Trzeba było ogarnąć się jeszcze na koncert.

SDM to marka która nie zawodzi. Mieliśmy miejsca siedzące, ale po pierwsze się spóźniliśmy, a po drugie dużo wygodniej jednak stało się poza peronem, z tłumem, typowo koncertowo.

Dzien 4: koniec

Ostatni dzień. Na kempingu wciąż pełne obłożenie. Część ludzi również się pakuje, ale wielu zostaje, a jeszcze inni dopiero przybywają, bo dzisiaj kolejny koncert.

Przed wyjazdem postanowiliśmy wpaść jeszcze nad jezioro. Pogoda nadal była piękna, idealna na kąpiel. Zalew Soliński nadal upstrzony żaglówkami i wszelkiego rodzaju jednostkami pływającymi. Ciężko było rozstać się z takim krajobrazem.