dzień 1 : Warszawa-cicha Dolina

Tak się złożyło, że trasę rozpoczynałem z Warszawy. Nie musiałem się szczególnie spieszyć. Zarezerwowałem nocleg w pensjonacie „Cicha dolina” w Roztoczu Górnym i moją misją na dziś, było tam dojechać. Miejsce znajdowało się możliwie najbliżej szlaków na które się wybierałem. Pod motociuchami dwie warstwy podpinek, więc byłem dobrze przygotowany. To był piękny, słoneczny dzień. Objechałem Radom, później Ostrowiec Świętokrzyski, Opatów i Kolbuszową.

Krajobraz co raz bardziej się różnicował. Po drodze, już od Grójca mijałem bardzo duże połacie sadów. W okolicach Opatowa zjechałem z drogi na pole, mając nadzieję, że może to uprawa winogron. Okazało się jednak, że to uprawa leszczyny. Krzaki obsiane dorodnymi orzechami, pod nimi mnóstwo tych, które już opadły. Spróbowałem kilku – duże i pyszne. Kusiło mnie, żeby wziąć kilka garści na później, ale odpuściłem.

Już w Bieszczadach, przed dotarciem do pensjonatu, korzystając z końcówki dnia zatrzymałem się w kilku ciekawych miejscach. W miejscowości Płonna kilkadziesiąt metrów od drogi stoją ruiny cerkwi. Wypatrzylem je przypadkiem, z budowli pozostały tylko ściany. Panuje tu niesamowity klimat, tak bardzo bieszczadzki, żywa historia opuszczonych ziem. Zatrzymałem się również przy pięknej drewnianej cerkwi w Szczawnem, zielone kopuły widoczne są już z drogi. Za Komańczą na wzgórzu znajduje się piękny mały cmentarz. Można wjechać na górę i rozejrzeć się po okolicy. Stoi tam też malutka, urokliwa kapliczka.

Zgodnie z mapą, z drogi 897, która za Cisną przechodzi w Wielką Pętlę Bieszczadzką do Roztoków można dojechać z dwóch stron. Ze względu na to, że pierwotnie z okolic miejscowości Solinka chciałem ruszyć na szlak, pojechałem dłuższą drogą, żeby zobaczyć jak wygląda tamtejsza okolica. Od tej strony był zakaz wjazdu, więc musiałem go zignorować. Okolice Solinki to dosłownie kilka chat – możliwe, że leśnictwa – w okolicach wyrębu. Po wjechaniu w las bardzo szybko zaczęło się ściemniać, a nawierzchnia z asfaltowej zmieniła się na szutrowo-leśną. Długo trwała ta dziesięcio-kilometrowa trasa w bieszczadzkich ciemnościach, ale w końcu dojechałem do „Cichej Doliny”. Jak się okazało wjeżdżając od drugiej strony (2 km przed Cisną) jest ładny asfalt bez zakazów.

Faktycznie było cicho i ciemno. W domku paliwo się kilka świateł, a na trawniku stało kilka samochodów. Zaparkowałem i wszedłem do umówionego wcześniej pokoju. Po rozpakowaniu rzeczy pojechałem jeszcze do Cisnej na małe zakupy. Jak wróciłem odwiedził mnie właściciel. Umówiliśmy się, że zostanę na trzy noce, z tym, że podczas drugiej mnie nie będzie, zostaną tylko rzeczy. Za tę jedną noc policzył mnie mniej i generalnie wyszło całkiem atrakcyjnie. Próbowałem podpytać go co nieco o moją planowaną trasę, czy z Solinki da się przejść do niebieskiego szlaku i czy kojarzy wiatę za Rabią Skałą, ale wyczułem, że niespecjalnie się orientuje w temacie i postanowiłem już go nie męczyć.

dzień 2: cicha dolina – wiata pod rabią skałą

Wstałem trochę przed 8 i zacząłem przygotowywać się do startu. Zdecydowałem, że nie ma sensu pchać się do, ruszę od razu z Rostoków – zielony szlak prowadzi wprost do granicy. W efekcie będę miał krótszą trasę do przejścia, ale wyruszyłem też dosyć późno o ok. 9. Trochę zajęło mi kombinowanie z pakowaniem plecaka. Najpierw chciałem włożyć namiot do plecaka, jednak okazało się, że wtedy nie będzie miejsca na pozostałe rzeczy. Ostatecznie przywiązałem więc namiot i śpiwór u dołu plecaka. Przed wyjściem musiałem znowu odwiedzić sklep w Cisnej bo za mało miałem pieczywa.

Wędrówka z obciążeniem to dla mnie nowość. Zawsze jak widziałem na szlakach wspinających się ludzi z dużymi plecakami i całym rynsztunkiem to szczerze współczułem. Wydawało mi się, że nie dałbym tak rady. Tym razem niestety byłem do tego zmuszony. Jeszcze trochę to trwało zanim dopracowałem system podczepienia namiotu bo dyndał mi niemiłosiernie obijając się o nogi. Na początek kilka kilometrów asfaltem do wierzy widokowej i rozwidlenia. Tabliczki polskie i słowackie – klimacik przygraniczny.

Początkowo na szlaku pustki, później spotkałem idących z naprzeciwka, ubranych na sportowo dwóch chłopaczków. Następnie przy samym Okrągliku było kilka osób, które kierowały się w przeciwną stronę. Do tego pewna parka przyszła ze Smerka przez Fereczatą, a następnie spotkałem jeszcze jednego pana, który odpoczywał kawałek dalej przy granicznym szlaku. Mieliśmy takie same bluzy z decathlonu, więc zagadał do mnie, że „decathlon rządzi” :). Jak się później okazało, wszyscy szliśmy tą samą trasą. Decathlonowego pana od czasu do czasu widziałem za mną, a wszyscy spotkaliśmy się na Płaszej. Odpoczywając trochę pogadaliśmy. Z samotnym panem też zamieniłem kilka słów. Powiedział, że był już na tym szlaku 15 lat temu i że trochę się pozmieniało.

Fajne miejsce, bo chociaż na odsłoniętej polanie to przy samym znaku znajduje się usypane z kamieni miejsce tworzące ławeczkę i jednocześnie chroniące przed wiatrem. Parka zabrała się za posiłek, pan natomiast zatrzymując się tylko na chwilę ruszył dalej, a ja zaraz zanim. Niebawem go wyprzedziłem, bo ciągle deptaliśmy sobie po piętach.

Płasza

Kawałek wcześniej, zgodnie z mapą jest punkt widokowy, ale w tych warunkach nic nie było widać. Następny szczyt – Rabia Skała – to skrzyżowanie szlaków. Stąd odchodzi szlak żółty przez Jawornik do Wetliny. Jest też drogowskaz BdPN z napisem „WIATA ’30”. To w okolicy tej wiaty miałem zamiar przenocować.

To był magiczny fragment trasy. Było widać szlak, a po bokach mgłę, przelewającą się z wiatrem z jednej strony na drugą. Przy Dziurkowcu poza znakiem wędrowców wita ławeczka i termometr.

W połowie drogi mija się kolejny punkt widokowy. Tym razem na skarpie zrobiona jest barierka z rozpiską krajobrazu. Niestety widać było jedynie dolinę pełną mgły – drzewa pokryte mglistą kołdrą.

Od głównego szlaku odchodzi ścieżka, takie rozwidlenie, idzie równolegle do szlaku i później znowu się z nim łączy. Przy tej ścieżce właśnie znajduje się wiata. Obok niej dwie drewniane ławy, miejsce na ognisko, a kawałem dalej na polanie, wśród bujnej trawy kolejne duże ławy. Świetnie przygotowane miejsce na postój i posiłek.

Myślałem, że to właśnie w okolicy tej wiaty znajduje się jeszcze słowacki domek – idealne miejsce na nocleg. Zostawiłem bagaże i poszedłem go poszukać. Co raz bardziej się oddalałem, a domku ciągle nie było. Nie miałem już za bardzo czasu na poszukiwania. Z naprzeciwka nadeszła para turystów. Zapytałem ich czy po drodze nie mijali żadnej chatki. Powiedzieli, że faktycznie jest taki domek po słowackiej stronie, ale na Przełęczy pod Czertezem, więc jakieś 1,5h drogi stąd. Zdecydowałem, ze wracam do swojej wiaty. Zastanawiałem się gdzie będzie najlepsze miejsce na rozbicie namiotu. Przy samej wiacie była za duża stromizna. Najlepszy teren był przy ławach na pobliskiej polanie, jednak to miejsce było zbyt dobrze widoczne ze szlaku, a poza tym na otwartym terenie mocno wiało. Zapadła decyzja, że namiot rozbije pod samą wiatą. Minusem był fakt, że podłoga wyłożona była kamieniem, ale w końcu miałem dmuchany materac, więc izolacja powinna być wystarczająca. Żeby nie musieć robić tego w mroku najpierw zająłem się zbieraniem opału. Tuż obok leżało kilka ściętych drzew, jakby specjalnie w tym celu, więc daleko nie musiałem chodzić. Następne w kolejności było rozstawienie namiotu. Poszło sprawnie, udało się znaleźć miejsca pomiędzy kamieniami na wbicie śledzi. Zaczynałem marznąć, więc przyszedł czas na rozpalenie ognia. Użyłem zapalniczki i papieru z zeszytu. Można było się zrelaksować, miałem jeszcze dużo czasu na delektowanie się tą chwilą. Wokół prawdziwy bieszczadzki mrok, rozgwieżdżone niebo i ja wpatrzony w strzelające płomienie. Długo czekałem na ten moment.

Ok 23 wskoczyłem do namiotu, ognisko jeszcze się dopalało. Kiedy coś zaszeleściło nieopodal wpadałem w chwilową panikę. Kilka razy słyszałem też prychanie i sapanie, ale dochodzące z oddali, nie w bezpośrednim sąsiedztwie namiotu. Pod ręką cały czas miałem kijaszka, którym podpierałem się podczas wędrówki oraz nóż i nabity pistolet. W krytycznej sytuacji zaplanowałem też wdrapanie się po żerdziach pod sam dach wiaty. Tam miś raczej by mnie nie dopadł, a na pewno było by to mocno utrudnione. Żeby nie wsłuchiwać się przesadnie w nocną ciszę odpaliłem sobie w telefonie ściągnięty uprzednio odcinek „Drwale i inne opowieści Bieszczadu”. Zasnąłem całkiem szybko.

Dzień 3: Wiata pod rabią skałą – Rawki – Dział – Wetlina – cicha dolina

Wstałem ok. 6. O 7 planowałem wyruszyć w dalszą drogę. W godzinę idealnie zdążyłem dogasić i zasypać ognisko, złożyć namiot, posprzątać i spakować rzeczy. Zostało jeszcze chwila na podziwianie okolicy i poranny chillout. Dzień zapowiadał się ładny. Była oczywiście poranna mgła, ale z czasem co raz mniej.

W nogach i plecach odczuwałem wczorajszą intensywną wędrówkę. Dzisiaj w inny sposób przywiązałem namiot do plecaka, tak, żeby się nie majtał i nie obijał po nogach. Mimo wszystko szło się ciężko. Przy ostrzejszych podejściach musiałem przystawać co kilkanaście metrów. Za to pogoda do wędrówki była idealna.

W końcu dotarłem do Przełęczy pod Czertezem. Faktycznie po polskiej stronie była kolejna bliźniacza wiata, a po przeciwnej stronie szlaku domek. Jednak w domku i wokół niego rozbiła się kilkunastoosobowa grupa Słowaków. Przywitałem się i przysiadłem przy wiacie, żeby przyjrzeć się i zebrać siły. Przed sobą miałem podejście na Czertez.

Dobrze, że na szlaku były pustki, bo co raz robiłem przystanki na złapanie oddechu. Wychodził brak formy. Pomiędzy Czertezem a Hrubkami przy szlaku znajduje się ogrodzona płotkiem mogiła. Jest zdjęcie, nad nim czerwona sowiecka gwiazda, poniżej napis – Piotr Andrejewicz Gladys, to samo w cyrylicy. Szukałem informacji na jego temat w internecie. Według niektórych był to pilot, który zmarł w tym miejscu po wydostaniu się z rozbitego samolotu w 1944 r . Są też inne wersje. Najprawdopodobniej brzmi ta, według której nazwisko zostało błędnie zapisane, a spoczywający tu żołnierz to Piotr Andrejewicz Gładysew. W chwili śmierci dowódca plutonu 3. kompanii CKM 626. pułku strzelców. Zginął 9 października 1944.

Na tym fragmencie raz idzie się przez teren zalesiony, a co chwila wychodzi się na piękne trawiaste polany. Przy szczycie Kamienna, korespondując z nazwą znajduje się kamienny kopiec. Korzystając z przygrzewającego leniwie słoneczka, wdrapałem się tam na odpoczynek. Tak sobie przyjemnie leżąc uciąłem drzemkę. Ocknąłem się nagle, kiedy na tej samej skałce postanowił przycupnąć inny turysta. Dobrze, że postanowił tu zajrzeć, bo jeszcze przykimałbym na dobre.

Trochę sobie pogadaliśmy. Chłopak przyjechał z Rawy Mazowieckiej. Z rozmowy wynikało, że Bieszczadami jest trochę zawiedziony. Jest mało szlaków i mało wymagających. Mówił, że woli Tatry 🙂 Miło było sobie pogawędzić, to był pierwszy człowiek jakiego spotkałem tego dnia (nie licząc Słowaków). Następnym kluczowym punktem na trasie był Krzemieniec, czyli trójstyk granic – polskiej, słowackiej i ukraińskiej. Tutaj było już sporo ludzi. Podczas odpoczynku od strony Rawek przybywali kolejni, po czym wracali z powrotem. Na środku stoi postument z trzema stronami, na każdej znajdują się napisy, kolejno w trzech językach. Idąc dalej, aż pod samą Wielką Rawkę wzdłuż szlaku towarzyszą nam dwa graniczne słupy: biało-czerwony i żółto-niebieski.

Początkowo jest zejście z Krzemieńca, a później zaczyna się podejście pod Rawki. Miałem poważny kryzys formy. To wrażenie potęgował fakt obecności dużej ilości ludzi, głupio mi było zatrzymywać się co kilka kroków. Wylałem sporo potu, ale jakoś się doczłapałem do Rawki. Wysiłek jak zwykle rekompensowały piękne widoki. Dzisiaj warunki były idealne. Fajnie było przypomnieć sobie jak ta trasa wyglądała w marcu, przysypana śniegiem. Na Wielkiej Rawce złapałem trochę tchu i wszamałem ostatnie kabanosy. Małą Rawkę, którą akurat obsiadł tłumek turystów minąłem dziarsko skręcając płynnie w zielony szlak prowadzący na Dział.

Byłem solidnie wyczerpany,do tego zostały mi już resztki wody. Jednak zgodnie z opisem pasmo Działu z tego kierunku powinienem przejść w 2,5 h i bez większych podejść. Istniała więc nadzieja, że się uda :). I faktycznie, zielony szlak przez Dział to wymarzona trasa na spokojny powrót. Trochę zalesionych fragmentów i dużo pięknych otwartych polan z cudownymi widokami. Z lewej trasa przygraniczna, którą jeszcze niedawno przemierzałem, a z prawej połoniny: Caryńska i Wetlińska. Wszędzie królują jesienne barwy, a wzdłuż szlaku ogromna ilość jagodowych krzaków obsypanych owocami. Musiałem się pilnować, bo co raz więcej czasu spędzałem na podjadaniu. W przeciwnym kierunku Dział jest trochę bardziej wymagający, zwłaszcza na początku, ale w kierunku Wetliny taka trasa to bajka, sama przyjemność. Takie Bieszczady uwielbiam.

Początkowo spotkałem jeszcze kilka grup młodzieży, ale później było już dużo kameralniej. Widoki zapierały dech. W pewnym momencie klapnąłem, robiąc sobie dłuższą przerwę na napawanie się tym widokiem, cudowną bieszczadzką przestrzenią.

Ostatni fragment to dosyć strome, długie zejście przez las, w towarzystwie szumiących strumyków. Na końcowym fragmencie spotkałem jeszcze starszą parę, sympatycznych ludzi, którzy ciągle ze sobą rozmawiali. Słyszałem ich już od dłuższego czasu, później deptałem im po piętach, a wyprzedziłem już prawie na końcu szlaku. Przysiadłem na ławeczce, a zaraz pojawili się też oni.

Liczyłem po cichu, że może mają jakiś ogarnięty transport i uda mi się do nich podłączyć, ale okazało się, że nie byli przygotowani i dziwili się, że nie ma żadnego autobusu. Nocleg mieli w Wetlinie, zdezorientowani próbowali rozeznać, w którą stronę powinni się udać. Pomogłem im w podjęciu decyzji. Powiedziałem, że sam planuje łapać stopa i polecam im to samo. Przez chwilę szliśmy razem. Na szczęście kawałek dalej skręcili do jakiegoś zajazdu, dobrze się złożyło bo większe szanse miałem w pojedynkę. Przeszedłem dosłownie kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się bus z ekipą młodych ludzi. Jechali gdzieś pod Lesko, gdzie mieli wynajętą miejscówkę. Wcześniej byli na Rawkach, więc bardzo możliwe, że mijaliśmy się gdzieś na szlaku. Przed Cisną mieli skręcić na Polanki, ale uznali, że podjadą kawałek na stację benzynową na początku Cisnej. Podziękowawszy, ze stacji ruszyłem pieszo. Zrobiłem małe zakupy w sklepie i za Cisną, na wylocie, usiadłem na przystankowej ławeczce. Postanowiłem łapać stopa. Co prawda do skrzyżowania z drogą prowadzącą do mojego pensjonatu było tylko 2 km, ale miałem nadzieję, że namówię podwoziciela, żeby zjechał 10 km z trasy, bo wędrówka zajęłaby mi kilka godzin. Niestety nikt się nie zatrzymywał. Zjadłem batonika, zapiłem kofolą i niechętnie ruszyłem w drogę. Co ciekawę kilometr dalej zatrzymał się samochód, a w nim właściciel mojego pensjonatu 🙂 . Podwózkę miałem pod same drzwi. Niezły farcik. Oj bolały nóżki po tych wojażach.

Dzień 4:

Od rana siąpił deszcz. Mimo wszystko postanowiłem pozwiedzać motocyklowo. Przy swojej klasycznej mapie Bieszczadów miałem też opis miejsc wartych zobaczenia. Postanowiłem skorzystać z tych podpowiedzi. Tak więc pętlą przez Wetlinę (kapliczka z fragmentem kopuły dawnej cerkwi), Smolnik (cerkiew), Lutowiska (cmentarz żydowski), Ustrzyki Górne (kościół MB Bieszczadzkiej), Równie (zabytkowa cerkiew), Uherce Mineralne (Browar Ursa Maior), przez Solinę do Polańczyka na obiado-kolację w Zakapiorze, a następnie drogą 893 przez Nowosiółki (kościół wzniesiony za komuny w ciągu jednej nocy) i Baligród (miejsce mordów UPA). Taki był wstępny plan.

Zatankowałem na tej samej stacji na której wczoraj wysadzili mnie dobrzy ludzie z busa. Obslugiwał sympatyczny, długowłosy pan, prawdopodobnie właściciel czerwonego motocykla zaparkowanego nieopodal.

Moje mocno już wysłużone oponki wymagały bardzo ostrożnej jazdy. W przeciwdeszczowym ubranku było całkiem przytulnie i ciepło. Jeszcze w Dołżycy kusiło mnie wstąpić do baru o nazwie „Hipisówka”. Wyglądał bardzo hipisowo, ruderowato i klimatycznie. Uznałem jednak, że nie mogę zatrzymywać się przy każdej okazji bo dopiero startuje, a czas leci nieubłaganie. Zostawiłem to na później.

Jeszcze przed Wetliną zatrzymałem się przy wyrębie. W deszczowej aurze, ciężkie maszyny stały upaćkane w błocku, obok przyczepa kempingowa i stolik. Krajobraz znany z „Drwale i inne opowieści Bieszczadu”.

W Wetlinie, w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się największa w Karpatach cerkiew o pięciu kopułach teraz znajduje się rzymskokatolicki kościół (obok drewniana kaplica). Świątynia po wysiedleniach została wysadzona w powietrze. Aktualnie, z pozostałego fragmentu kopuły wybudowano małą kapliczkę, a obok postawiono pamiątkowy krzyż. Kapliczka stoi na terenie zakonu Benedyktynów.

Za Wetliną jest cudowny fragment, przed Brzegami, przed serpentyną rozpościera się przepiękny widok na Połoninę Caryńską.

Po skręcie na Nasiczne robi się bardziej dziko, wąski asfalt wśród dziczy, w sąsiedztwie strumyka Dwernik. Kilka razy zatrzymywałem się na chwilkę, przy pięknym starym mostku i wyrębie. Następnie znowu postój przy kościele – ładnej drewnianej świątyni, szkoda tylko, że z blaszanym dachem. Jak się później dowiedziałem kościół powstał z przeniesionej z Lutowisk drewnianej cerkwi.

W Dwerniku skręciłem w lewo na Chmiel. Chciałem przypomnieć sobie okolice z ostatniej bieszczadzkiej wyprawy i przy okazji zlokalizować kilka miejsc z serialu „Drwale … „. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o jego istnieniu. Gdzieś tutaj mieszkał chyba między innymi Śliwa, wypatrywałem też słynnego sklepiku, który wielokrotnie pojawiał się w serialu. Za Chmielem zawróciłem i zatrzymałem się w miejscu „Sklep i Deco sztuki”. W środku było sporo różnych dobroci – ręcznie robionych gadżetów, biżuterii, przetworów czy piwa. Obsługujące panie w klimacie hipisowsko-artystycznym. Przyjemne miejsce, wybrałem kilka pierdółek, i z celestynką o smaku kiwi usadowiłem się przy ławie przed sklepem. Pod nogami, licząc na okruchy śmigała mała mysza.

Jadąc z powrotem w kierunku Dwerniczka mijałem pasące się po prawej konie. Zatrzymałem się na chwilę, żeby pocieszyć nimi oko i pstryknąć zdjęcie. Stanąłem na wjeździe na posesję – „Noclegi, jazda konna i Prezesa”. Z posesji wychodził akurat zarośnięty pan w kapeluszu i poszedł w kierunku koni właśnie. Chwilę się zadumałem, popatrzyłem na szyld i dopiero wtedy skojarzyłem, że przechodzący pan był słynnym Prezesem – zakapiorem wspominanym wielokrotnie w historiach Żmija, uchwycony na jego malowidłach. Co za fart. Ewidentnie poszedł po konie, więc postanowiłem poczekać i wykorzystać okazję. Faktycznie niedługo Prezes wracał prowadzą konia. Nie chciałem zawracać mu głowy, zapytałem tylko czy mogę zrobić zdjęcie, na co kiwnął potakująco głową. Byłem w szoku po tak niespodziewanym spotkaniu. Kawałek dalej, za rozwidleniem dróg, po lewej stronie odnalazł się też słynny serialowy sklepik. Zatrzymałem się, kupiłem batonika i ruszyłem dalej do Smolnika.

Kościół w Smolniku, zaliczający się do szlaku architektury drewnianej znajduję się na malowniczym wzgórzu przed samą miejscowością. Jadąc pod górę można podziwiać pasące się nieopodal konie, mijamy sklep z serami i dopiero na samym końcu drogi znajduje się otoczony drzewami kościół. Tradycyjnie pierwotnie była to grekokatolicka cerkiew. W środku bardzo kameralnie, przy wejściu, jeden z dwóch wielkich żyrandoli z jelenich poroży.

W Lutowiskach odpuściłem żydowski cmentarz i pojechałem do Ustrzyk. Zrobiłem krótki postój przy dworcu i ruszyłem dalej do Równi. Znajdujący się tam kościół dawniej był cerkwią. To piękny, drewniany obiekt. Wszedłem do środka kiedy akurat trwała msza święta. Znowu ten charakterystyczny kameralny klimat, mała odległość od ołtarza. Chociaż stałem przy samych drzwiach wejściowych miałem wrażenie, że ksiądz i ministranci stoją kilka kroków ode mnie.

Wyślizgnąłem się cichutko, chciałem jeszcze zajechać do browaru Ursa Maior w Uhercach Mineralnych. Było już późno, więc brałem pod uwagę, że browar może być zamknięty. Tak też było. Obejrzałem budynek z zewnątrz, pstryknąłem zdjęcie i ruszyłem dalej. Byłem już trochę zmęczony jazdą w trudnych warunkach i przede wszystkim wygłodzony.

W polańczykowym Zakapiorze udało mi się trafić akurat wolne miejsce, co nie było takie oczywiste. Średnio przyjemna aura na zewnątrz sprawiała, że cieplutkie wnętrze ściągało głodomorów. Co chwile pojawiali się nowi ludzie, ale ze względu na brak miejsc musieli obejść się smakiem. Wciągnąłem „Placki spod połonin”, a w tle rozbrzmiewała muzyka SDM’u z Bieszczadzkich Aniołów. Milo siedziało się w ciepełku z obżartym brzuszkiem. Niestety trzeba było się zbierać, zrobiło się ciemno, a przede mną jeszcze kawał drogi powrotnej.

Przyjemnie jechało się przez tą bieszczadzką ciemność, choć czuło się już wdzierający się chłodek. Zatrzymałem się na chwilę, zgasiłem silnik, zanurzyłem się w tej ciemności i ciszy. To wyjątkowe bieszczadzkie doświadczenie.

W Cisnej zajechałem do Siekierezady na bezalkoholowe piwko. Przy barze wdałem się w rozmowe z lokalnym chłopakiem. Poopowiadał mi trochę o swoich życiowych przygodach.

Kiedy wjeżdżałem na teren „Cichej Doliny” na ganku stał i palił papierosa jakiś chłopak. Wszędzie panował mrok, tylko na ganku paliło się światło. Trawa była mokra, pokryta kałużami. W pewnym momencie koło wpadło w poślizg i runąłem na glebę. Myślałem, że gość z papierosem widzi całą akcję i spodziewałem się, że podbiegnie, żeby mi pomóc podnieść maszynę. Nic takiego jednak się nie stało. Spiąłem się i po kilku próbach udało się postawić motocykl do pionu. Zaparkowałem, zdjąłem kufry i maszeruję do wejścia.

Trochę oburzony jego brakiem reakcji zagadałem coś do jegomościa. Okazało się, że w tej ciemności zupełnie nie widział, że się wywróciłem. Pogadaliśmy trochę, a że gawędziło się miło to zgadaliśmy się na posiedzenie przy piwie w kuchni. Nocleg w „Cichej Dolinie” miałem zarezerwowany jeszcze tylko na dzisiejszą noc. Wiedziałem już, że będę chciał zostać w Bieszczadach na jeszcze jedną, ale musiałem znaleźć nowe miejsce bo tutaj następnego dnia przyjeżdżali nowi goście.

dzień 5:

Rano pojechałem w kierunku Wetliny, żeby rozejrzeć się za nowy noclegiem. Zajechałem przy okazji do „Bazy ludzi z mgły”. O tej knajpie słyszałem już wielokrotnie, widziałem zdjęcia. Zwraca uwagę tym, że nad wejściem z jednej strony wisi postać Jezusa z sercem z cylindrów motocyklowych, a po drugiej zdjęcie Che Guevary z jego dziennikami motocyklowymi. W środku bardzo przyjemnie. Atmosfera wydawała mi się bardziej przyjazna niż w Siekierezadzie. Zagadałem z barmanem (który jak powiedział ledwo żył po poprzednim wieczorze zakończonym o 4 rano) i zamówiłem kawkę. Wieczorową porą musi być tutaj jeszcze fajniej. Spodobało i się. Pomyślałem, że gdybym miał nocleg w Wetlinie to mógłbym się wybrać na piwko wieczorem. Niestety po długich poszukiwaniach okazało się, że w Wetlinie nie ma szans na znalezienie wolnego miejsca. Pełne obłożenie. Musiałem się pośpieszyć, zarezerwowałem w miarę tani pokój w Cisnej. Zrzuciłem rzeczy i ruszyłem na dalsze motocyklowe zwiedzanie.

Pierwszy krótki przystanek zrobiłem w Baligrodzie. W centrum nieopodal parku (w parku czołg – pomnik „wyzwolenia”) stoi pomnik Ofiar pomordowanych przez OUN-UPA. Kawałek dalej przy drodze stoi cerkiew Zaśnięcia NMP – murowana, po gruntownym remoncie. Białe tynki pokryte blaszanym dachem nie zachęciły mnie do wejścia do środka.

Odwiedziłem za to mały drewniany kościółek w Nowosiółkach – 9 km dalej, przy drodze 893. Z tym miejscem wiąże się ciekawa acz niezbyt odległa historia. Kościół powstał w 1975 roku wbrew komunistycznym władzom. Ksiądz i mieszkańcy przygotowali elementy budowli i postawili kościół w ciągu jednej nocy na polu kukurydzy. Stoi do dzisiaj 🙂

Jadąc do Leska, za miejscowością Hoczew, wzdłuż drogi po prawej stronie pojawia się wartko płynący San. Są tu wspaniałe miejsca nad samym brzegiem. Rzeka jest szeroka i płytka., doskonałe miejsce dla wędkarzy, których było widać stojących z wędkami, gdzieś po środku rzeki. Super widok – przypomniał mi się film 'Rzeka życia”.

W Lesku odwiedziłem okazałą synagogę i po krótkim postoju poleciałem dalej do Sanoka. Sanok to ładne miasteczko, z Zamkiem Królewskim, urokliwym ryneczkiem i deptakiem – ul. 3 maja. Wokół rynku pieknie odrestaurowane kamienice – Urząd Miasta, Starostwo oraz klasztor Franciszkanów.

Z Sanoka jechałem drogą 892 żeby zahaczyć jeszcze kilka miejsc polecanych z mapy. W Rzepedzi skręciłem w lewo na Turzańsk. Tutaj na wzniesieniu znajduje się zabytkowa cerkiew z dzwonnicą, a za nią cmentarz. Cerkiew przechodziła remont, otoczona drewnianymi rusztowaniami. Nie zdążyłem jeszcze nacieszyć oka okolicą bo okazało się że w tylnym kole złapałem kapcia. Niestety solidna dziura.

Nadszedł czas na naukę obsługi zestawu do łatania opon. Załatać się udało, ale jednym nabojem nie napompowałem porządnie opony. Postanowiłem poszukać pomocy. Chłopak odwiedzający w międzyczasie cmentarz powiedział mi, że w Rzepedzi jest mechanik i może uda mi się tam znaleźć pomoc. Niestety serwis był zamknięty. Podjechałem do jakiegoś domku nieopodal, żeby zapytać o pompkę. Jakiś starszy, bardzo sympatyczny pan chętnie zgodził się mi pomóc. Z podwórkowego składziku wyszperał mi nożną pompkę. Napompowałem koło i poleciałem dalej. Straciłem sporo czasu, nie zatrzymywałem się już aż do Cisnej. Na zakończenie dnia wstąpiłem na piwko do Siekierezady.

dzień 6:

Rano stało się to, czego podświadomie się obawiałem. Przez noc zeszło powietrze z łatanej wczoraj dziury. Dzisiaj miałem ruszać w powrotną drogę, więc trzeba było szybko działać. Najpierw pompka, mieli w sprzedaży na stacji w Cisnej, ale zestawu łat już nie było. Dowiedziałem się, że nieopodal, w Dołżycy jest Wulkanizacja. Chociaż była sobota, zakład był otwarty. Prowadził go pan Czesław. Na tej samej działce w garażu działał też młody mechanik. Pan Czesław znał się na łataniu, ale dotychczas rzadko miał do czynienia z motocyklami i obawiał się czy uda mu się zdjąć tylne koło. Odwiedziliśmy młodego mechanika mając nadzieję, że zechce się podjąć operacji. Niestety, stwierdził, że nie ma czasu bo jest sobota i nie chce spędzić całej w pracy. Na szczęście, pomimo narzekań żony, która pojawiała się od czasu do czasu w warsztacie pan Czesław nie zostawił mnie na lodzie. Wspólnie udało nam się zdjąć koło, a pan Czesław zajął się swoją robotą, przy okazji chętnie opowiadając mi o swoim życiu od dzieciństwa w Bieszczadach. Okazało się, że wcześniej zakład wulkanizacyjny prowadził jego ojciec, który przed laty przyjechał w te strony w poszukiwaniu spokojnego miejsca do życia.

To był miło spędzony czas pomimo wydawało by się niezbyt miłych okoliczności. Trochę to wszystko trwało, ale ostatecznie koło miałem gotowe do trasy. Na koniec skoczyłem jeszcze do sklepu do Wetliny po jakieś dobre winko dla żony pana Czesława, w podziękowaniu za cierpliwość.